Wizyta w Amar Kutir

Wizyta w Amar Kutir

23 stycznia były w Indii urodziny niejakiego Subhas Chandra Bose…

Chandra Bose był politykiem, który pokierował całą akcją wyzwolenia Indii od Anglików.  Indusi cenią sobie swoją indyjskość, dlatego Bose powszechnie uważa się za bohatera. Dlatego też 23 stycznia ustanowiono dniem wolnym od nauki…

Abstrahując od dywagacji polityczno-historycznych, wybrałyśmy się z Mają i Katią na wycieczkę po okolicy. Poszłyśmy w kierunku Amar Kutir Road, regionu tradycyjnych bengalskich chatek glinianych, który słynie z regionalnej produkcji rękodzieła: tekstylia, wyroby skórzane, biżuteria. Pierwszą w cyklu atrakcją był obszar porośnięty przez gatunek drzewa, który występuje tylko i wyłącznie w Bengalu! Rzeczywiście, park był oryginalny: czerwonoziemy żłobione przez strumienie wodne, suche w porze zimowej, porośnięte gdzieniegdzie kaktusami; drzewa smukłe, przypominające jeden z gatunków wierzby giętkością gałęzi, liście zaś podobne trochę do naszej jemioły.

Kilometr dalej spotkaliśmy starszą hinduskę, mieszkankę jednej z chatek, która chyba upatrzyła sobie zapoznać się z nami bliżej, gdyż spotkanie powtórzyło się jeszcze czterokrotnie. W międzyczasie zjedliśmy gouri muri czyli ciecierzycę z ziemniakami na ostro z ryżem dmuchanym, popijając czajem. Dziewczyny prawie padały z pragnienia, no ale do picia była tylko owa herbatka, żadnych lodówek z colą w okolicy, niestety!… całe szczęście 😉

Zwiedziliśmy bolpurskie Muzeum Przyrody – Prakriti Bhavan. Przed bramą wejściową znajdował się napis, który wielce mi się spodobał: „Jeżeli zwiedziłeś wcześniej mnóstwo muzeów, to teraz usiądź i odpocznij” – co nie omieszkałam zrobić. Czynność ta tak mi się spodobała, że obsługa muzeum kilkakrotnie w tym czasie zapraszała nas do środka.

Tak jak spodziewałam się – obiekt nie oferował informacji naukowych o gatunkach drzew i ptaków występujących w Bengalu. Przedmiotem zwiedzania były drewniane i kamienne rzeźby obrazujące indywidualne wizje artystów… kto co lubi… ja tam wolę konkrety… aczkolwiek jedna wizja była dla mnie bardzo praktyczna i pożyteczna. Nazywała się „Struktura bengalskiej psychiki”, czy jakoś tak i prezentowała prosty kij złamany w lewo o dziewięćdziesiąt stopni, a następnie łagodnie zakręcający ku górze, by ostatecznie osiągnąć oś, która była przedłużeniem pierwotnego ramienia. Myślę, że po zdobyciu takiej wiedzy łatwiej mi będzie komunikować się z miejscową ludnością.

Po wizycie w muzeum zaszliśmy do glinianych chatek na tyłach. Spodobała nam się rodzinka z tej pierwszej chatki. Młoda mama gotowała śniadanie na ogniu, przed domem siedział gliniany budda. Z boku na macie siedziała z papieroskiem seniorka rodu w towarzystwie kilkunastu kurzych piskląt… widać było, że lubią jej towarzystwo. Tak więc i my przysiedliśmy się do babci rozsładzając się nad pisklętami i pozwalając staruszce rozsładzać się nad Katką blondynką. W ten sposób, z Katią przypominającą pisklaki swoim kolorem włosów prawie staliśmy się częścią bengalskiego folkloru…

Nieopodal była maleńka szkoła, Ballavpur Danga Primary School, w której właśnie nie było zajęć z okazji urodzin Bose; odbywała się tam natomiast pudża z tej okazji, a potem pani nauczycielka poszła z dziećmi zapalić kadzidła dla pobliskiego buddy. Katia bardzo ucieszyła się widząc mały plac zabaw, zostaliśmy serdecznie zaproszeni i przywitani słodyczami. Szkoła obejmowała dwa budynki: jeden gospodarczy i jeden szkolny złożony z sekretariatu otoczonego klasami bez ścian, a jedynie pokrytymi dachem. W każdej klasie znajdowała sie tablica, oraz oczywiście podłoga do siedzenia dla dzieci…

Wracając dostaliśmy zaproszenie do innej glinianej chatki, której mieszkanką okazała się spotkana przez nas już wcześniej hinduska. Szybciutko wyjęła dużą torbę a z niej masę koralikowej biżuterii. Wiadomo, niełatwo się odmawia przyjaciołom, ale my nie chcieliśmy jednak tak po prostu wziąć czegoś… tym bardziej, że po dwóch latach w Indii nie zadowala nas plastik, choćby nie wiem jak ładny. Spędziliśmy więc miłe trzy godziny z babcinymi dzieciakami komponując własne bransoletki i popijając koszmarną herbatkę z kuminu rzymskiego.

Wracaliśmy naprawdę zmęczeni… chociaż odpoczynek w chatce, a prawdopodobnie również i herbatka z jeera (ów kumin) wróciły nam trochę sił. A i Anka była zadowolona z nowych skarbów!

Artykuły powiązane

Zostaw komentarz

Войти с помощью: