Kolkata dzień drugi

Kolkata dzień drugi

Na niedzielę zaplanowaliśmy sobie kolejny zestaw atrakcji turystycznych.

Po całkiem europejskim śniadaniu podanym przez naszą kolkacką gospodynię, w postaci grzanek z masłem i miodem popijanych mlekiem lub herbatką, czyli tradycyjnie – tak, jak lubimy zebraliśmy się szybciutko by zdążyć zrealizować nasz program turystyczny. Pośpiech jednak to nie jest styl indyjski, a więc po odebraniu telefonu od taksówkarza, że czeka on na dole mieliśmy jeszcze całą godzinkę na bengalski chay w sklepiku po sąsiedzku. Gdy wreszcie taksówka przyjechała, pożegnaliśmy się ostatecznie we łzach i pomknęliśmy do Indian Museum.

Zakupiliśmy bilety, poczuwszy jednak zapach herbatki i klimat rozkładającego się właśnie targu ulicznego, które mieści się tuż przy muzeum postanowiliśmy posilić dusze przed naukowym wyzwaniem, jakim jest zwiedzanie eksponatów muzealnych. Mąż mój poszedł więc rozglądać się za piwem, ja za nową torebką, Majka zaś za smakołykami dla swoich sióstr. Na zdjęciu powyżej widać sprzedawców rozkładających właśnie swoje dobra w kolkackiej dzielnicy handlowej. Środkiem ulicy biegnie rikszarz – fenomen, który można spotkać tylko w indyjskim stanie Bengal Zachodni – powożąc rikszą nie używa on żadnej siły pociągowej, prócz własnych mięśni.

Zadowoleni zasiedliśmy następnie w ekskluzywnym pubie do konsumpcji browara marki Foster i Carlsberg. Obsługa dolewała piwko i podsypywała snacki, dyskretnie utrzymując swoje miejsca w pobliżu. Maluchy po wstępnej degustacji sody zajęły się bieganiem wokół stolików. Po opłaceniu rachunków poszliśmy wreszcie na zaplanowane zwiedzanie.

Zasoby muzeum oczywiście były zbyt wielkie, by ogarnąć je w jedno popołudnie. Obeszliśmy to, co nas najbardziej interesowało: archeologię i prahistorię, a także zasoby dotyczące niektórych kultur indyjskich, np. Naga w dalekiej, północno-wschodniej części Indii, Nagaland, czy elementy starożytnej architektury okolic Bodhgai, gdzie lubimy bywać… Po dwóch godzinach zgarnęliśmy porozbiegane maluchy i skierowaliśmy się do wielkiego banyana, którego odwiedziny zaplanowałam sobie już dwa lata wcześniej.

Big Banyan naprawdę był ogromny, czy może raczej rozległy; przypominał bardziej las drzew, niż pojedyncze drzewo. Niestety nie mogliśmy z maluchami cieszyć się bieganiem między gałęziami i huśtaniem na lianach, na co miałam ciuchutką nadzieję: banian otoczony jest podwójnym ogrodzeniem. Przeczytaliśmy więc wszystko, co było do przeczytania. Przez jakąś chwilę podziwialiśmy jeszcze drzewiszcze z daleka i pomaleńku w indyjskim tempie, przyglądając się trawnikowym biesiadnikom skierowaliśmy się z powrotem do bramy głównej. Więcej na temat Wielkiego Baniana TUTAJ.

Wracając mogliśmy podziwiać amatorów rowerów wodnych na bajorku oraz przepiękne, zazwyczaj złotoczerwone świąteczne stroje indyjskich dam. W drodze powrotnej maluchy cierpliwie zaliczyły znowu kilka pozowań do zdjęć w towarzystwie azjatyckich kolegów. Totalnie zmęczeni doszliśmy pomalutku do taksówki.

Dotarliśmy do Howrah Station i zakupiwszy bilety zalegliśmy w indyjskim stylu na rozłożonym kocyku na podłodze dworca pośród wielu innych kocyków. Poszliśmy z Majką na poszukiwanie dopingów i muszę stwierdzić, że stacja w Howrah dysponuje szeroką ofertą kulinarną, w której wyróżnia się cukiernia. Smakołyki indyjskie zrobione z mleka próbowaliśmy już wiele razy. Pierwszy raz, jednak spotkałam się ze specjałami o nazwie Sandesh i Dilkush, specjalnością – jak się okazało – stanu West Bengal. Przypominają one delikatny puszysty sernik wiedeński!

W pociągu zajęliśmy sobie wolne miejsca w Sleeper Class i odeszliśmy do krainy Morfeusza.

Tu przeczytaj więcej o naszej podróży do Kalkuty i z powrotem. 

 

 

Artykuły powiązane

Zostaw komentarz

Войти с помощью: