Losar, tybetański Nowy Rok

Losar, tybetański Nowy Rok

Środowa sesja w Tergar Monastery zaczynała się o ósmej i miała trwać do 12…

Niestety dolegliwości żołądkowe jednego malucha wstrzymały mnie trochę, ale w końcu Anka zdecydowała się jeszcze pospać. Oczywiście o ósmej trzydzieści ludzie jeszcze wciąż zbierali się. Ostatecznie ruch zaczął się około dziewiątej w okolicy bramy za “sceną” wielkiego namiotu – co oznaczało rychłe nadejście Jego Świątobliwości XVII Karmapy. Zagrały trąby tybetańskie.

Karmapa asystowany przez wielu lamów i rinpoche wszedł mając na głowie replikę Czarnej Korony i zajął swoje miejsce na tronie. Kilku mnichów złożyło pokłon a następnie stanęli przed ołtarzem i kilkakrotnie zaśpiewali pudżę Siedmiu Wersów Wadżry.

Potem zaczęli krążyć mnisi i wolontariusze z czajnikami. Serwowali gorącą herbatę tybetańską – czaj z imbirem i mlekiem, ale nie słodki a raczej słony w smaku. Potem zaczęli roznosić tybetańskie pieczone placki mączne… śniadanie w sam raz! W czasie naszej konsumpcji Karmapa wciąż był obecny tutaj i bardzo inspirująco wpływała na mnie Jego żelazna stabilność. Po kilkunastu minutach zdjął z głowy Czarną Koronę i podał ją serwisującym go mnichom. Również napił się herbaty i włożył Koronę ponownie.

Po naszej konsumpcji na “scenę” przed ołtarzem weszło kilku gości ubranych trochę inaczej, niż w tradycyjnym tybetańskim świątecznym stylu. Kolorowy jedwab, ale jakiś bardziej wojowniczy krój… no i każdy miał po dwie szable. Rozległ się odgłos trąb, ale ich ton bardziej tym razem przypominał piszczałki irlandzkie. To kangling – trąbki z kości; wtórowały im antyczne tybetańskie bębny szamańskie z pałkami – którego dźwięk i wygląd również były dla mnie zupełnie nowe. Odtańczyli pełen kozackich podskoków taniec z szablami. Było imponująco ale krótko.

Następna w programie była Dysputa o Dharmie przeprowadzona przez dwóch gości po dwóch stronach czerwonego dywanu, który znajdował się przed ołtarzem. Rozmawiali oni w starym tybetańskim stylu popierając każdy argument obfitą gestykulacją i kłaniając się co jakiś czas rozmówcy. Oczywiście język nie byl dla mnie zrozumiały, ale styl rozmowy, w którym stale jednakowo obowiązuje szacunek i respekt pomimo zaawansowanego filozoficznego “konfliktu” był przyjemny i wart naśladowania… Debata trwała dość długo, ale było na co popatrzeć!

Znowu podano nam herbatę, po czym odśpiewano kolejną pieśń. Tym razem miałam ucztę dla ucha – smakosze śpiewów chóralnych mogliby podziwiać wspaniałą współpracę tybetańskich michów i mniszek. Do basowych głosów męskich dołączyły w pewnym momencie delikatnie płynące niskie żeńskie głosy. Po minucie zaś można było usłyszeć wtórujący im pojedynczy wyższy żeński głos. Wszystkie trzy tonacje ładnie przeplatały się co w połączeniu z niesamowita siłą przekazu płynącego z głębi ziemi, czy z głębi serc… dawało piorunujący efekt.

Zaskakiwała wspaniała organizacja wydarzenia, wręcz doskonałość we wszystkim – niczego nie brakowało, wszystko działało, obsługa imprezy i wolontariusze byli mili i przyjaźni. Światła działały, herbatki starczało dla wszystkich, telebimy funkcjonujące. Mający doświadczenie w medytacji mnisi i lamowie nadzorujący realizację programu oraz doskonała komunikacja między organizatorami dają efekt perfekcyjnie zorganizowanego wydarzenia międzynarodowego na kilka tysięcy osób. Niektórzy nasi przyjaciele przypisywali organizacyjny sukces obecności I nadzorowi Jego Świątobliwości XVII Karmapy.

To niektóre urywki z niesamowitych wydarzeń Losar, Nowego Roku tybetańskiego na zakończenie 34 Kagyu Monlam w Bodhgai.

Ostatnim wydarzeniem był wieczorny Marme Monlam następnego dnia – drugiego marca, w czwartek. Marme Monlam – tybetańskie ofiarowanie świateł było naprawdę widowiskowe. Połowa mnichów już wyjechała, a może mieli ważne spotkanie na koniec… w każdym razie miejsc było więcej dla nas – krzesełkowej publiczności. Każdy dostał lampkę maślaną – naprawdę pachnącą masłem!

Cierpliwie czekaliśmy zanurzeni w ciemnoniebieskim świetle i zapachu olejku z trawy cytrynowej, dzięki któremu w ogóle nie było komarów… ludzie wokół nas przynieśli swoje prywatne anty-mosquito lamps i dlatego prócz świateł delektowaliśmy się również niesamowitymi zapachami. Impreza zaczęła się przemówieniem trzech lamów w trzech językach: po tybetansku, angielsku i chińsku, w ich przemowę wplotła się dziękczynna wypowiedź Jego Świątobliwości. Potem zaczął się program artystyczny. Właściwie wszystkie elementy programu były wyjątkowe, każdy w swoim rodzaju, chociaż w bardzo szerokim spektrum gatunków. Każdy z muzyków zadziwiał publikę perfekcją a czasem też innowacyjnością.

Jako pierwsza poszła Modlitwa do Lamów Linii Mahamudry, znowu – doskonale zaśpiewana subtelnymi żeńskimi głosami z wtórującym im męskim chórem, na koniec której wspólnie z nimi śpiewaliśmy matrę OM MAI PEME HUNG.

Potem scena zanurzyła się w zielonym świetle i usłyszeliśmy z głośników śpiew ptaszków. Weszło dwoje muzyków – chłopak z jakąś trąbką i dziewczyna z innym, bardzo dziwnym instrumentem dętym… pośród śpiewu ptaszków zaczęli oni odtwarzać prawdziwie ptasie trele-morele. W tej atmosferze porannego lasu trwaliśmy przez kilka minut zaskoczeni, a potem przenieśliśmy się wraz z muzykami w późniejszą część dnia – w programie był motyw z gór i jezior, spotkanie z rybami, zachód słońca i wydarzenia w chińskim mieście – ze smokami i petardami…

Następny w kolejności był muzyk z trudniejszym tematem – powędrowaliśmy w wysokie góry, gdzie czuło się zimno i trud wspinaczki, dźwięk spadających kropel pośród górskiej ciszy… oczywiście muzyczna inscenizacja wspierana była przez krótkie motywy filmowe na telebimie i doskonale dobrane światło. Muzycy zebrali wielkie brawa.

Kolejna była tybetańska para wokalistów przywitana bardzo głośną owacją… byliśmy niestety do tyłu ze znajomością tutejszych gwiazd. Następna na scenie pojawiła się prawdziwa chińska śpiewaczka operowa z długimi prostymi włosami i mocnym makijażem na porcelanowobiałej twarzy – z akompaniamentem muzycznym. Potem występowały grupy muzyczne o mieszanym składzie etnicznym z tematem nieco bardziej rockowym, a za nimi kolejnych kilku wokalistów z korzeniami okołotybetańskimi.

Na zakończenie odbyło się wspólne uroczyste ofiarowanie lampek maślanych z odśpiewaniem pudży w wykonaniu chóru mnichów, wraz z głosem Karmapy. Impreza zakończyła się po godzinie dziesiątej w nocy.

Rano następnego dnia przywitali nas Strażnicy buddyjscy deszczem i burzą przewalającą się po biharskim niebie na zakończenie tegorocznego Kagyu Monlam.

Większość zdjęć dostępna jest dzięki Tsurphu Labrang Media. Webcast jest przez jakiś czas jeszcze dostepny na stronie http://kagyuoffice.org/webcast/.

Artykuły powiązane

Zostaw komentarz

Войти с помощью: