Do Nepalu przez Siliguri

Do Nepalu przez Siliguri

Siedzimy teraz w hotelu z pięknym widokiem na Masyw Mahabharaty w nepalskim miasteczku Dharan.

Wczoraj przekroczyliśmy granicę Nepalu z Indiami na jej wschodnim odcinku, w West Bengal, całkiem niedaleko od Darjeeling.

Dwa dni przed planowanym odjazdem poszłam kupić bilet kolejowy Tatkal, czyli taki z dnia na dzień bezpośrednio w biurze Indian Railway w Bodhgai – zamiast w biurze turystycznym. Cena biletu nie zawiera wówczas prowizji agenta.

Planowaliśmy jechać do Nepalu tak jak poprzednio – przez Varanasi, Gorakhpur i przejście w Sunauli/ Belhija. Ostatnie kolejowe połączenie do Varanasi było dostępne w liczbie czterech miejsc, ale niestety nie umiejscowionych razem. Cena – jak na Tatkal – bardzo dobra, bo niecałe 200rs za osobę na połączeniu Gaya – Varanasi (około 6 godzin drogi) w klasie Sleeper.

Gdy rozważałam między biletem kolejowym i autobusowym, podszedł do mnie miły Nepalczyk i zapytał czy wiem, że nie muszę podawać prawdziwego wieku dziecka; chyba że chciałabym brać osobne miejsce dla niego… wiedziałam. Nie wiedziałam natomiast o przejściu granicznym w Siliguri, które jakoby było bliżej, niż Sunauli. Po miłej pogawędce i zebraniu informacji podziękowałam i poszłam szukać dworca, gdzie odchodzą autobusy do Siliguri.

Jagdama Bus – to tuż przy Kalachakra Maidan gdzie jest wejście do świątyni Mahabodhi. Tam odchodzą także – między innymi – autobusy do Varanasi (o 7 rano i o 5 po południu), Delhi, oraz podobno do Kathmandu – ale te akurat nie kursowały w marcu, gdy tam byliśmy. Pociąg do Siliguri jeździ, ale tylko we wtorki i trzeba go bukować dużo wcześniej.

Dwa dni przed odjazdem bilet do Siliguri kosztował 600rs za osobę. Oczywiście biura podróży podawały inne ceny, jak 700 i 900rs, ale gdy zaczęłam negocjacje, jeden uprzejmy pośrednik od razu wskazał mi budkę agenta, który sprzedaje bez dodatkowej prowizji.

Zapłaciłam zaliczkę 1000rs i dostałam bilet z numerami miejsc, ale niestety bez numeru autobusu. W dniu odjazdu przyszłam rano upewnić się co do miejsc w autobusie. Kasa Jagdama Travels jest czynna od siódmej rano. Pan zapewnił mnie, że wszystko zgadza się, będziemy mieć Sleeper Class. Zdziwiło mnie, że wybór klasy nie zmienia ceny biletu, chociaż biura podróży podawały wyższą cenę za Sleeper.

O 12.30 punkt stawiliśmy się w pobliżu owej budki i stało tam już kilka autobusów. Siliguri to chyba jedyny kierunek z tego dworca o tej porze, a więc – zanim jeszcze wyjęliśmy nasze plecaki z rickshaw – napadł na nas pracownik agenta z pytaniem o bilet. Popatrzył na świstek i od razu napomknął o konieczności dopłacenia pozostałej kwoty 1400rs do całkowitej ceny biletu. Bardzo słusznie – zresztą, powinniśmy przecież przygotować gotówkę! “Bus number and sleeper class first” – powiedziałam grzecznie. “Ok, come” – pan poszedł pokazać mi nasz autobus, którym jedziemy i miejsca leżące. Usatysfakcjonowana pomyślną transakcją dopłaciłam kasę. Nie był to w tym wypadku mój brak zaufania, ale ułatwić Indusom organizację zadania “Sleeper dla rodziny z dziećmi” to praktyczne podejście.

Wypiliśmy jeszcze po kilka herbat, zanim autobus ruszył, ostatecznie ok. 14.30. Podróż zapowiadała się na 12 do 14 godzin, a więc ostatecznie krócej w czasie, niż byłoby to przez Sunauli, chociaż wcale nie bliżej.  Leżenie lub półleżenie w autobusie zamiast siedzenia osobiście bardziej spodobało mi się i cieszyłam się, że maluchy mają jakby więcej miejsca, przynajmniej w poziomie. A radość z włażenia na piętro w autobusie i kołysania w czasie jazdy – bezcenna! Co z tego, że kończy się rzyganiem…

Po około godzinie drogi obsługa włączyła głośna muzykę w bollywoodzkim stylu. Przez resztę dnia pędziliśmy przez Bihar z tą muzyką i trąbiącym klaksonem. W którymś momencie przejeżdżaliśmy w pobliżu Nalanda – ruin antycznej szkoły buddyjskiej z V wieku, jednego z najstarszych na świecie uniwersytetów. Niedługo potem minęliśmy Patna i późnym wieczorem wjechaliśmy do West Bengalu. Północno-wschodnia część West Bengalu póki co pozostała dla nas tajemnicą – przejechaliśmy tę drogę w nocy….

Przystanków po drodze było kilka – na herbatkę, późnym wieczorem na dinner, kilka postojów z przyzwoitymi toaletami.  Za każdym razem, gdy poprosiłam chcąc wysikać malucha, autobus zatrzymał się na poboczu. W środku nocy, ok. drugiej, gdy wszyscy spali ponownie włączono muzykę. Pomyślałam, że to pobudka na wysiadanie. Wysiadka była jednak trzy godziny później…. Ot – induska fantazja.

O piątej z groszami zaczął się znowu ruch w naszym autobusie – wreszcie Siliguri! Jak dla mnie agencja Jagdama Bus spisała się wystrzałowo. Wysiedliśmy, wyjęliśmy plecaki i uciekając od napastujących nas rikszarzy z ofertą – Bhutan? Darjeeling? – stanęlismy sobie przy naszych plecakach na herbatkę…. wszak wjeżdżamy do kraju herbaty – nie ma lepszego śniadania przed szóstą rano.

Siliguri jest dużym węzłem komunikacyjnym dla podróżnych jadących do Bangladeszu, Bhutanu, Nepalu, Assamu i dalszych wschodnich stanów Indii.

Dowiedzieliśmy się, że co godzinę jeździ do nepalskiej granicy autobus; 25rs za osobe, godzina drogi. Autobus do miejscowości granicznej Panitanki – zatrzymał się w pobliżu dworca, gdzie piliśmy herbatkę, ale bezpośrednio na ulicy i tam czekał na dalszych pasażerów. Podróż była przyjemna, nie było jeszcze gorąco. Oglądaliśmy po drodze pola krzaczków herbaty. Maluchy przysypiały, jedynie Anka zajęła honorowe miejsce obok kierowcy i czujnie obserwowała drogę do granicy.

O wschodzie słońca, w miejscowości Panitanki po indyjskiej stronie granicy zaliczyliśmy ostatnią indyjską herbatkę i wspaniałe sabji puri, diabelnie ostre, które jadnak całkiem smakowalo maluchom. Potem powędrowaliśmy na piechotkę do indyjskiego Imigrant Check Post. Tam dowiedzieliśmy się, że po nepalskiej stronie nie ma bankomatu. Edo musiał więc cofnąć się do ATM w Indii, by wyjąć indyjskie rupie… czekał nas przecież duży wydatek na nepalską wizę po drugiej stronie granicy. Poczekaliśmy więc jeszcze godzinkę, aż wróci głowa rodziny. Z pieczątkami w paszportach poszliśmy do Nepalu piechotą przez dłuuugi most na rzece Mechi.

Nepali Immigration office w Kakarvitta mieścił się trochę na wzgórzu, po prawej stronie drogi. Urządziliśmy więc mały wyścig maluchom… i sobie, by uatrakcyjnić wniesienie plecaków na tę górę. W biurze panował miły chłód, przyjemnie było tam się znaleźć po naszej eskapadzie przez most. Dostępne były czyste toalety i umywalki oraz duży stół do wypełniania formularzy i w ogóle rozgospodarowania się ze swoimi bagażami po dłuższej podróży.

Musieliśmy mieć po jednym paszportowym zdjęciu dla każdego – na szczęście mieliśmy; nie jestem pewna, czy usługi fotograficzne były tam dostępne… chociaż w innym nepalskim biurze kiedyś zrobili nam po prostu skan naszych zdjęć paszportowych.

Nepalska wiza turystyczna na 3 miesiące kosztowała 100$ od osoby – można było płacić w dolarach, rupiach indyjskich lub nepalskich. Opłata była tylko dla dorosłych – nasza 15-letnia też płaciła, ale 7-letnia już nie – dzieci do Nepalu wchodzą za darmo!

Po opuszczeniu Immigration Office poszlismy piechotą na nepalski przystanek autobusowy. Jeszcze po indyjskiej stronie granicy miły urzędnik z Assamu zarekomendował nam miejscowość Dharan jako beautiful city. Autobus do Dharan odjeżdżał co godzinę. Cena 280rs za osobę. Pojechaliśmy o 12.20.

Tym razem te trzy godziny nie były juz takie przyjemne jak droga do granicy o wschodzie słońca. Gorące południe i duszny autobus trochę popsuły samopoczucie maluchom. Pokazałam mojej rzygającej Nadii dwie Hinduski, które lizały i pogryzały limonki by pomyślnie przetrwać podróż, ale nie dała się niestety namówić. Ponownie spróbowaliśmy czy mandarynka – wszak cytrus – nie ma czasem podobnego błogosławionego działania…. niestety raczej sprzyja wymiotom w warunkach podróży.

City Dharan nie było wcale tak bardzo beautiful – miasto jak miasto… ale spodobał nam się tubylczy klimat i umiejscowienie we wschodnim Nepalu. Bezpośrednio ponad miastem stoi kilka pagórków Masywu Mahabharaty – nazywanego potocznie Małymi Himalajami – które nadają Dharan nieco turystyczny charakter.

Potem zarekomendowano nam pojechać do pobliskiego kurortu Bhedetar – inaczej Vedetar – znajdującego się na majaczących nad miastem wzgórzach. Tam poznaliśmy przyjaciół kasty Kirati…

Artykuły powiązane

Zostaw komentarz

Войти с помощью: