Mahabodhi Temple

Mahabodhi Temple

Jesteśmy już drugi raz w Bodhgai i ciągle nie odwiedziliśmy wspaniałej świątyni Mahabodhi.

Wczoraj więc nadrobiliśmy to niedopatrzenie…

Mahabohi Mahavihara wybudowana została w trzecim stuleciu p.n.e. przez wielkiego władcę Asiokę dla upamiętnienia wydarzenia, jakim było urzeczywistnienie oświecenia przez Buddę Siakjamuni w tym miejscu. Postawiona została dokładnie po wschodniej stronie drzewa bodhi, pod którym siedział Budda. Rosnący tu obecnie egzemplarz drzewa bodhi jest bezpośrednim potomkiem tamtego drzewa. Budowa świątyni ostatecznie ukończona została dopiero w siódmym wieku n.e. za panowania rodu Gupta, potem wielokrotnie jeszcze była przebudowywana i kilkakrotnie niszczona.

Obecnie Mahabodhi stanowi najważniejszy sakralny obiekt buddyjskich pielgrzymek a także obiekt Światowego Dziedzictwa UNESCO. Świątynia jest najstarszym zachowanym oryginalnie obiektem wybudowanym w tamtych czasach całkowicie z cegieł i wzniesienie jej stanowiło początek tej specyficznej ery w indyjskiej architekturze.

Wstęp free dla wszystkich, pobiera się tylko bezpłatny bilet tuż przy bramkach. Kawałek przed bramkami stoją kasy, w których kupuje się bilet na wniesienie kamery (100rs), kamery ręcznej (300rs) lub większego sprzętu (500rs). Telefonów wnosić nie wolno – trzeba zostawić w depozycie (na podpis i kluczyk, bezpłatnie). Torby są skanowane i mojego sprytnie schowanego telefonu nie przepuścili… Przy kasach jest też bezpłatny depozyt na buty oraz cloak room – przechowalnia bagażu. Wszystkie te informacje można sobie zaktualizować TUTAJ.

Sam główny ołtarz świątyni jest maleńki, mieści średniej wielkości posąg Buddy Siakjamuni oraz kilka skrzynek na datki… a także bardzo interesujące schody na wieżę (prawdopodobnie), dla turystów jednak niedostępne. Największą atrakcją Mahabodhi jest otoczenie drzewa bodhi oraz świątynny ogród i całe otoczenie wypełnione mantrami i medytacyjną atmosferą…  Z błogosławieństwa drzewa bodhi czerpać chce każdy, jogini więc przychodzą różni i każdy z nich medytuje na swój sposób…

Nie brak też hinduskich rodzin bramińskich – ci specjalizują się w zbieraniu spadających liści i owoców z drzewa bodhi. Gdy taki spada, zaraz sięgają po niego co najmniej trzy ręce. Jednak ze względu na niepisane prawo zachowania dobrego stylu w świątyni – ten co spóźnił się za jagódką oddaje z uśmiechem prawo do skarbu pierwszemu…

Wychodząc można takie listki – zafoliowane ładnie – zakupić u handlarzy ulicznych; nie pytałam o cenę. Niezwykle wartościowe są także owoce bodhi tree. Nasiona można zasadzić u siebie w ogrodzie i jeśli co dzień drzewko pielęgnować, a potem codziennie pod nim medytować można z pewnością liczyć na rychłe oświecenie.

Ogarnąwszy maluchy zostawiłam je pod czujną opieką butelki Thumbs up – indyjska coca cola – i pogrążyłam się w wędrówce o kilka tysięcy lat wstecz… Budda Siakjamuni bardzo wychudzony pościł już od wielu dni, gdy usiadł tu pod takim drzewem. Jak i ja teraz – poszczę od dwóch dni dla zwiększenia przejrzystości umysłu i rozumiem będąc tu, że nie mam nic już do zrobienia. Moje rozumienie jednak jest całkowicie teoretyczne – duże ilości przeczytanych mądrości książkowych oraz pęd za zaspokojeniem potrzeb rodzinnych wciąż trzymają mnie w swoich okowach.

Spacerując później po pięknym ogrodzie nad stawem na terenie świątyni i kręcąc modlitewne młynki z mantrami przypomniałam sobie jedna z przeczytanych właśnie w ogrodzie mądrości:

Nawet najlepiej zrobione królewskie powozy,
z pewnością się rozpadną,
takoż i te ciała.

Ale Dhammy szlachetnych ten rozpad nie dosięgnie,
i oni poniosą ja do dobrych ludzi.

Artykuły powiązane

Zostaw komentarz

Войти с помощью: