Kiranti, korzenie Nepalu

Kiranti, korzenie Nepalu

Przez pierwszych kilka dni w Bhedetar siedzieliśmy w hotelu i grzaliśmy nasze kości marznące już na sam odgłos straszliwego wiatru, jaki nieustannie tutaj wieje.

Dodatkowo drugiego dnia wieczorem zagrzmiało i błysnęło a potem lunęło deszczem. Nasze wycieczkowe plany umarły. Maluchom pozostały kredki i bajki w tv, a nam spotkania towarzysko muzyczne z młodzieżą hoteliku, głównie Sumnimą i Sumanem, dziećmi gospodarzy, wspierane przez poświergiwania i przeloty mieszkających razem z nami w budynku niesamowitych goutali, czyli nepalskich jaskółek oknówek. Sumnima upodobała sobie szczególnie niekończące się, niekontrolowane anglojęzyczne monologi Katii.

Tu można przeczytać o naszym Sunrise Hotel w Bhedetarze.

 

Ale trzeciego dnia dostaliśmy od naszych gospodarzy propozycję wizyty w domu ich rodziców w dolinie nad rzeką, gdzie pogoda bywa normalna i można wyraźniej poczuć słoneczne promienie. Oczywiście bardzo ucieszyliśmy się i rano siódma trzydzieści siedzieliśmy już w samochodzie gospodarza wraz z jego jedyną córką Sumnimą, naszą najnowszą przyjaciółką.

Podróż trwała godzinę i była całkiem przyjemna, kierowca jechał ostrożnie i woreczki w ogóle nie były w użyciu. Powoli robiło się cieplej, aż w końcu pozdejmowaliśmy z maluchów wszystkie wierzchnie warstwy. Gospodarz zajechał do warsztatu samochodowego dopompować koła, nie omieszkując pochwalić się małymi blondasami.

Minęliśmy Dharan i przejeżdżając szeroką dolinę, której środek wysypany był kamieniami – stanowiącą w czasie monsunu koryto rwącej rzeki – wjechaliśmy do jungle. Dharańska jungle nie oferuje jak mogłoby się wydawać spotkań z dziką zwierzyną, a jedynie z małpami i – podobno – czasami też słoniami. Spotkaliśmy tam małpy, a także ogromne udomowione świnie – większe, niż europejskie, popielato umaszczone, całkiem nową dla nas odmianę… to dlatego, że w lesie leży kilka wiosek.

Przyjechaliśmy wreszcie do rodzinnej wsi gospodarza – Nadaha, zamieszkanej miedzy innymi przez Kiranti. Historia etnicznej grupy Kiranti sięga czasów prehistorycznych, jeszcze sprzed powstania buddyzmu, a nawet z czasów przed powstaniem hinduskiego kultu Shivy. Mówi się, że Kiranti – obejmująca kasty Limbu i Rai – to jeden z pierwszych rodów, który dawno temu panował na ziemi nepalskiej.

Kultura ta modyfikowana przez stulecia obejmuje obecnie odłamy religijne łączące często elementy hindu i buddyzmu, a także osobne dialekty językowe używane w Nepalu i wschodnich stanach Indii zamieszkiwanych przez przedstawicieli Kiranti. Mieliśmy też na dziś obiecane spotkanie z dhami, szamanem Kiranti, który widzi duchy…. okazało się jednak niestety, że jest on dostępny tylko w kwietniu i w maju.

Pierwszym miejscem, które odwiedziliśmy nie był wcale dom rodziców, ale centralny placyk we wsi, który ominąć byłoby wielkim błędem. Kobiety podawały sobie nasze maluchy i niektóre leciały do domów, by przyciągnąć swoje dzieci. Nepalki w większości przypadków uważały za niezwykle ważną misję umożliwienia międzynarodowej konfrontacji swoich dzieci z naszymi, co kończyło się ciąganiem na siłę za rękę biednych dzieciaków naszych i tamtych. Ostatecznie zawsze wspólne zdjęcie było w miarę satysfakcjonujące, choć rzesza chętnych zazwyczaj nieskończona.

Dla mnie była niesamowita wizyta w tej wiosce ze względu na spotkanie z seniorem wsi, staruszkiem o wesołych oczach, którego śmiech był tak niesamowity i rozbrajający… a także spotkanie z babcią, seniorką wsi, która popatrzywszy Nadii w buzię miała łzy w swoich oczach – wydawałoby się – szczęśliwa, że w swoim życiu doczekała spotkania z kosmitami… a może pamiętała jeszcze przekaz z dziada pradziada o wędrówkach Kiranti i spotkaniach z rasą blond.

Machając rękami pożegnaliśmy rzeszę wielbicieli i przejechaliśmy kolorowe centrum wioski. Dwie minuty dalej stał dom rodziców. Starszy Rai z dwiema babciami i młodzieżą czekali już na nas. Zdjęliśmy buty i posadzono nas przy stole w głównym salonie.

Dom był czysty i miał swój klimat. Gospodarstwo bardzo mi się spodobało i od razu zapytaliśmy, czy wynajem tutaj jest możliwy. Budynek zrobiony z gliny trzyma ciepło, a jednocześnie nie nagrzewa się nadmiernie w czasie upałów. Przed domem mały trawnik i miły zadaszony ganek, za domem kilka pomidorów i pole ryżowe.

Pomimo braku niektórych ułatwień podobno niezbędnych dla białasów – wodę do łazienki i kuchni trzeba przynosić ze studni – byliśmy gotowi zamieszkać. Niestety, pomimo że do góry prowadziły schody – piętro mieszkalne nie istniało. Rodzina Rai – tak jak i wiele nepalskich, a także indyjskich rodzin – rozpoczęła budowę i ją zawiesiła na pewnym etapie. Dostaliśmy obietnicę, że gdy – w ciągu dwóch lat – budowa piętra zostanie ukończona, będziemy mogli zamieszkać.

Nakarmieni chowminem w salonie obeszliśmy dom jeszcze raz. Zajrzeliśmy do kuchni, gdzie młodzież jadła śniadanie złożone z dhal bhat siedząc na podłodze. Maluchy, które ostatnio najbardziej ze wszystkich dań preferują prosty ryż – ochoczo dołączyły się do konsumpcji.

Ostatecznie posiliwszy się zebraliśmy się wszyscy do rodzinnej fotki przed gankiem. Potem zapakowaliśmy się do auta i pojechaliśmy nad Sapta Koshi – spływającą z przedgórzy Himalajów rzekę. Koryto rzeczne było baaardzo szerokie i znowu – ze względu na suchą porę roku – większość jego obszaru zajmowały kamienie i lśniący srebrzyście piasek. Środkiem koryta płynęła woda, a przy brzegu pławiły się powiązane sznurem bambusy spławione z gór.

Wioskowa młodzież skakała po tratwach i Maja z tatą oraz naszym gospodarzem i przewodnikiem ochoczo do nich dołączyli. Za rodzicem do skakania radośnie poleciała Anka, a za nią dwie pozostałe siostry… Dla dzieciaków zabawa była przednia. “Mamo, na takiej tratwie płynęła Moana” – zawołała do mnie Majka wspomniawszy najnowszą bajkę. Było cieplutko, więc przekalkulowawszy ewentualne wodne wpadki przyglądałam się zabawie. Wpadkę jednak zaliczył tylko gospodarz…

Potem zajrzeliśmy jeszcze do nepalskiego domu starców, który zawierał centralny placyk i drzewo, pod którym zbierali się mieszkańcy na plotki. Zasiedliśmy pod drzewem w nadziei na spotkanie naszego prywatnego, niemianowanego dhami. Prócz starców towarzystwo obejmowało aktualnie większych wioskowych plotkarzy z małoletnim przychówkiem, a więc pod drzewem znajdowali się wszyscy przedstawiciele pokoleń. Akurat w ośrodkowej świątynce zaczynała się pudża dla Krishny, pośpiewaliśmy więc trochę z babciami.

Sparzeni słońcem i nagrzanym autem wróciliśmy w końcu do Bhedetar.

Artykuły powiązane

Zostaw komentarz

Войти с помощью: