Życie w Methlang i okolicy
Wieś Methlang właściwie należy terytorialnie do Pokhary.
Otoczona lasem porastającym masyw Sarangkotu leży konkretnie na kamienistej drodze prowadzącej z centrum miasta zakolami na szczyt góry.
Masyw Sarangkotu z kolei otoczony jest niemal w całości zabudowaniami Pokhary, w które wliczyć należy także profilowany turystycznie Lakeside wraz z jeziorem Phewa.
Na zachód od góry natomiast ciągnie się dalej pasmo zalesionych wzgórz, nad którymi – patrząc z naszej perspektywy – stoją lśniące w słońcu siedmio- i ośmiotysięczniki. Jeżeli nie ma chmur, rano można zobaczyć jak słońce rozjaśnia najpierw najwyższe partie masywu Annapurny, potem powoli dosięga niższych szczytów w tym naszej sztandarowej góry Machhapuchchare, której profil i nazwa z powodzeniem służy rozwojowi większości turystycznych przedsięwzięć w Pokharze.
Życie w Methlangu toczy się swoim rytmem, jako nieco oddalone od “przyziemnych” spraw miasta. Komunikacja drogowa – poza kilkoma wyjątkami – ogranicza się raczej do rzadkich pojazdów jednośladowych, co determinuje spokojny klimat miejsca.
Wstaję około piątej i poluję na wschody słońca, bądź inne ciekawe zjawiska występujące o tej porze. Mamy na przykład tutaj opowieść o leopardzie, który ma właśnie czworo małych… niestety dostępny jest raczej nocą.
Czasami słychać go jak buszuje nocą na dachu, ale nigdy jeszcze nie udało mi się go uchwycić kamerą.
O szóstej, czyli w momencie kiedy słońce w całości już wzeszło i zaczyna przybierać bardziej słoneczną barwę, u sąsiadów jest już po dojeniu i z Nadią, która zazwyczaj wstaje pierwsza idziemy po mleko. Czasami bierzemy też jajka, pomidory i imbir, wszystko oczywiście organiczne, bo tutejsze.
Wracamy do domu, gotujemy na śniadanie dudh suji, czyli nasz stary dobry polski grysik na mleku, inaczej kaszkę manną. Do tego maluchy obficie dosypują sobie bhujia, czyli dmuchanego ryżu i polewają miodem. Część naszej rodziny ma śniadanie raczej w porze lunchu i popularna bardzo jest wtedy klasyczna europejska jajecznica, jeżeli oczywiście jest u nas w domu chleb – rzadki rarytas dostępny o określonych porach na dole w mieście.
Obiad mamy zazwyczaj bardziej azjatycki…
Lubię trzymać się kanonów kuchni kraju, w którym właśnie jesteśmy, korzystając ze sposobności uczenia się gotowania od sąsiadek. Stosuję więc tutejsze przyprawy – niektóre z nich są specyficzne dla Nepalu, rzadko spotykane w Indii… a także oferty warzyw oczywiście organicznych, bo z przydomowego ogródka – od sąsiadów po drugiej stronie wsi.
Pomiędzy domowymi zajęciami wiejskiej pani domu, która teraz właśnie jestem – mam czas na to by usiąść z herbatką przed domem i być tu – popatrzeć na góry naprzeciwko – czyli po drugiej stronie miasta, odpowiedzieć Katii na jej artystyczne dylematy albo pogłaskać misia, jeśli Anka mi go przyniesie.
W mieście taki “kaif” nie ma tego smaku…
Nasz wieczorny rytuał też uważam za obowiązkowy, siedzieć w milczeniu i być – to najcenniejsze czym można się w życiu zajmować.
A jest wieczorem co oglądać – począwszy od zachodu słońca, panoramy miasta i ogromu gwiazd jaki mamy tu, jeśli nie ma mgły – do naszych własnych historii na temat leopardów i nocnego życia góry.
Właśnie wczoraj mieliśmy wspaniałą możliwość doświadczyć bliżej życia nocnego okolicy. Zazwyczaj popatrzymy w ciemność z perspektywy naszego oświetlonego świeczkami ganku i spadamy do domu.
Ale wczoraj kolejny dzień było pochmurno, więc – korzystając z fajnej dla wędrówek pogody zeszliśmy w dół do Pokhary. Kilka osób we wsi próbowało nas powstrzymać mówiąc, że droga jest nie do użytku… ale była.
Pasma mgły poruszające się dookoła nas, między Sarangkotem, granią naszej wioski a jeziorem Phewa przypominały nam, jak wysoko mieszkamy.
Pomaleńku, zakolami dotarliśmy do Lakeside i tam pierwszym obiektem, który nas zainteresował był rosyjski pub, gdzie po dłuugiej przerwie mogliśmy nareszcie zakosztować pielmieni.
Kusiło nas sprawdzić, jak – według mieszkających w Nepalu Rosjan – różnią się one od nepalskich momo… Degustacja przeciągnęła się za sprawą kolejnego deszczu oraz szerokiej oferty rosyjskich przysmaków i piwa. Maluchy zaprzyjaźniły się z mówiącą płynnie po rosyjsku półnepalską dziewczynką oraz jej kotkami.
W którejś kolejnej przerwie między deszczami opuściliśmy wreszcie pub i poszliśmy dalej z zamiarem zakupienia Katii nowych sandałków. Lakeside nie miał w ogóle oferty dla dzieci, jedynie poza jakimiś kapciami handmade oraz koszulkami…
Przypomnieliśmy sobie, że tego rodzaju praktyczne bardziej rzeczy kupuje się raczej w centrum i zostawiliśmy sprawę do następnego dnia, gdyż pomaleńku zaczynało zmierzchać.
Rozleniwieni brakiem wycieczek ostatnio – zarówno my jak i maluchy czuliśmy zmęczenie, a więc… lody i kawa! Kawa była doskonała, lody zapewne też, gdyż wszyscy ochoczo wyruszyliśmy dalej z zamiarem wracania już do domu tą samą drogą.
Po drodze jednak napotkaliśmy aromat pieczonego mięsa i podążając za jego źródłem zajrzeliśmy do miejsca zwanego Unique Friendship Cafe. Tam nasze smakowe kubki doznały niesamowitych wrażeń, a dodatkowo znowu zasiedzieliśmy się przy piwie i innych atrakcjach. Maluchy znowu spotkały nowego kolegę – niesamowitego nepalskiego ninja w wieku pięciu lat, syna właściciela kuchni, a także jego maleńkiego puchatego pieska, który spokojnie pozwalał przerzucać się z rąk do rąk i głaskać pośród zachwytów.
Ostatecznie wyszliśmy z pubu kiedy maluchy już posnęły, postawiliśmy je na nogi za pomocą resztek coca-coli i poszliśmy w kierunku domu.
Oczywiście było już całkiem ciemno i większość obiektów handlowych była zamknięta. Na szczęście rozpogodziło się wyraźnie, żadnej mżawki ani nawet zachmurzenia już nie było. Pora miesięcznego cyklu księżyca: nów. Nasze wyjście z domu tego dnia było w stylu – Idziemy! – czyli bez podstawowego turystycznego wyposażenia; jedyny posiadany przez nas telefon umarł w trakcie robienia zdjęć.
Póki mijaliśmy domki i pensjonaty Lakeside mieliśmy trochę światła. Kiedy jednak weszliśmy w las wycieczka nabrała innego wymiaru.
Jedynym źródłem światła były gwiazdy na czystym wreszcie niebie. Szliśmy całkowicie “na nos” próbując w ciemności wyodrębnić błoto, dziury, kamienie oraz gdzie zaczyna się urwisko. Zbawienne okazały się oczy naszych dzieci – szybko zorientowały się gdzie nie należy leźć i widząc nieco lepiej od nas w ciemności prowadziły starych do domu.
Oczywiście nie byliśmy pewni drogi i kluczyliśmy nieco. Ale gdy po kolejnym zakolu serpentyny poznaliśmy drogę przed Methlangiem. Po kolei przybijaliśmy w ciemności żółwiki maluchom, które skakały z radości.
Czekała nas jeszcze tylko pięciominutowa droga przez śpiącą wioskę. Leoparda nie spotkaliśmy. W domu byliśmy dokładnie o północy.







