Kerala – Karnataka – Goa

Kerala – Karnataka – Goa

Nie zatrzymaliśmy się na długo w Kerali.

Tu przeczytaj o naszej wizycie w Kerali. 

W poniedziałek kupiliśmy bilet Sleeper Class na ten sam dzień o 23 w nocy. Cel – Goa. Stacja docelowa podróży koleją – Karwar.

Do Karwar mieliśmy dotrzeć 12.45. Opóźnienie nie było duże. Karwar okazał się małą stacyjką, z której do miasteczka należało dotrzeć rikszą lub autobusem. Na oko było 4 km. Cena za naszą szóstkę w rikszy opiewała na 80 rs bez negocjacji, rikszarz twierdził że kilometrów jest 7.

Karwar to niewielkie miasteczko zbliżone wielkością i swym turystycznym nadmorskim profilem – powiedzmy – do Kołobrzegu. Przynależy do stanu Karnataka i jadąc koleją z południa na północ Karwar stanowi ostatni przystanek Karnataki, potem jest Goa.

Karnatakę – podobnie jak i Goa – zamieszkują wyznawcy hindu, islamu oraz chrześcijanie, co ładnie prezentuje się na takich oto tabliczkach umiejscowionych w miejscach publicznych. W czasie podróży pociągiem przez Karnatakę podziwialiśmy ogromne obszary niezagospodarowanej (przynajmniej wzdłuż linii kolejowej) zieleni, wodospady i wzgórza oraz niewiarygodnie błękitnozielone rzeki. Karnataka coraz bardziej nam się podobała.

Nie była nam jednak pisana ta piękna kraina. Karnatackie bankomaty nie zechciały współpracować z naszymi kartami i aby nie pozostać bez gotówki powróciliśmy do naszego poprzedniego planu: stare znajome Goa, gdzie piwo kosztuje grosze.

Wsiedliśmy w Karwar w autobus jadący do Margao z pierwszym miasteczkiem na Goa jako punktem docelowym. Okrzykami odnotowaliśmy przejechanie granicy między stanami – Welcome to Goa – napisane było na dużej zielonej tablicy przy drodze.

Pierwszą miejscowością na Goa było Chaudi, właściwie duża wioska. Podróż z Karwar do Chaudi trwała około godzinę. W momencie wysiadki przywitała nas ogromna ulewa, szybko schowaliśmy się więc pod daszek nieczynnego punktu Vodafonu. Pośród tej ulewy jedyną istotą, jaka pozostała na ulicy był bawół wolno idący środkiem jezdni w strugach deszczu. Edo także wstąpił śmiało w ścianę wody, gdyż najważniejszą dla nas w tej chwili sprawą było określić naszą dostępność gotówki. Ulewa jednak nie trwała nawet 10 minut, zaraz po niej szybko wraca upalna pogoda, no chyba że dzień jest bardziej pochmurny. Goański monsun.

Bankomaty współpracowały, wyposażeni w rupie zdecydowaliśmy rozejrzeć się za zakwaterowaniem. Nasze nogi nawykły już do codziennej komunikacji jednośladem, zdecydowaliśmy więc przypomnieć sobie o ich właściwych funkcjach. Piechotą z plecakami poszliśmy więc w kierunku wskazanym przez tubylców. Po około dwóch kilometrach okazało się, że tak zwana plaża, to brzeg jeziora stanowiącego przystań i miejsce połowu tutejszych rybaków.

W rybackiej wiosce Tarir znaleźliśmy jednak przyjemny bar, gdzie można było odpocząć przy napojach chłodzących. Bar oferuje także wynajem skuterów oraz wsparcie w poszukiwaniu zakwaterowania.

Popiwszy trunki poszliśmy jeszcze kawałek, gdzie nad brzegiem jeziora kończyła się droga. Przestudiowawszy obiekty na horyzoncie ponad taflą wody stwierdziliśmy, że plaża musi być „gdzieś tam”. Prócz domniemanej plaży gdzieś na prawo na horyzoncie po lewej stronie majaczył się także most, do którego – prawdopodobnie – miała prowadzić budowana w Tarir droga szybkiego ruchu – co widać na głównym zdjęciu w tym poście.

Po naszych kontemplacjach nad zalewem zdecydowaliśmy tymczasowo zakwaterować się w domku w pobliżu. Zrzuciwszy tam plecaki poszliśmy lekkim już krokiem do sąsiedniej wioski Patnem, która słynie jeszcze większej oferty resortów, zakwaterowania i – co najważniejsze – dostępu do plaży. Morskiej. Zakwaterowanie znaleźliśmy, do plaży jednak nie dotarliśmy już, wystarczyło wrażeń na ten dzień.

Patnem okazała się milą wioską zabudowaną głównie domkami Portugalczyków, z których niemal każdy oferował zakwaterowanie dla turystów. Południowe Goa jest byłą kolonią portugalską i jego specyficznym rysem jest pochodzenie etniczne jego mieszkańców. W obrębie tej jednej wioski mieści się i meczet położony przy drodze, i świątynia hinduska położona w głębi wioskowego parku, a także portugalski kościół o bielutkich ścianach. U jednych ludzi w domach wiszą duże obrazy Jezusa, u innych na ścianie wymalowano hinduską swastykę, a przed domkami zdarzają się małe świątynki… do muzułmańskich domów nie zaglądaliśmy.

Domki stoją pomiędzy drzewami, wśród których dominują plama kokosowa, daktylowa, drzewa mango i bananowce. Pomiędzy drzewami kraczą kawki i gawrony konkurujące o smakołyki z miejscowymi kurami. W mniej turystycznie ukierunkowanych wioskach biegają także czarne świnki hodowane przez niższe kasty na mięso.

Trwa właśnie sezon rybno-krewetkowy – połowy są obfite, świeże ryby można dostać po dobrych cenach. Ryba i owoce morza są głównym źródłem białka tutejszych mieszkańców, kurę przyrządza się od święta.

Od razu zakupiliśmy nieco morskich smakołyków. Krewetki były ooogromne i połowa z nich poszła na surowo, resztę usmażyliśmy. Ciekawostką kulinarną okazał się rekin. Za pięć małych rekinków zapłaciliśmy 100 rs. Był niespodziewanie smaczny, o specyficznym morskim smaku.

Do przepisu na mojego rekina zapraszam tutaj.

Artykuły powiązane

Zostaw komentarz

Войти с помощью: