Znowu w drodze: Kathmandu – Benares

Znowu w drodze: Kathmandu – Benares

Sorry there has been a problem with your feed.

Wizy do Indii otrzymaliśmy tym razem tylko na trzy miesiące.

Ważność wiz zaczynała się na dzień przed odebraniem paszportów, a więc dając sobie 2 dni – czas niezbędny na zakończenie choćby niektórych zaczętych w Kathmandu spraw i spakowanie wszystkiego – niezwłocznie ruszyliśmy w drogę.

Droga do Belhiya

Ponieważ nasze dotychczasowe doświadczenie z komunikacją w Nepalu nie wskazywało, że powinniśmy byli się jakoś specjalnie napinać z uzyskaniem biletów na dojechanie do granicy – wbrew temu, co kilkakrotnie wcześniej słyszeliśmy od agentów podróży – zrealizowaliśmy wyjazd w najprostszy możliwy sposób: spakowaliśmy rano plecaki i adekwatną ilość kanapek i gotowanych jajek oraz obowiązkowy słoik majonezu i pożegnaliśmy nasz ostatni nepalski dom przyjmując od sąsiadki białokremowe szaliki katha jako błogosławieństwo na drogę.

Przemaszerowaliśmy z plecakami przez osiedle żegnając się z naszą nepalską „Sanghą” – społecznością ludzi podążających wspólną ścieżką duchową – i wsiedliśmy w taksówkę. Droga z Bouddha – osiedle Ramhiti – na Gongabu Tourist Bus Station (północno-zachodni kraniec Kathmandu) kosztowała nas 350 NRS. Zasadniczo można by dojechać za pół tej ceny, ale że my jesteśmy dużą ekipą, nie negocjowaliśmy wiele.

Na Gongabu – jak zawsze – obskoczyła nas ekipa naganiaczy, którzy ostatecznie – widząc, że złapali klienta bez biletu – kolektywnie stwierdzili, że sami zobaczymy i sobie wybierzemy autobus. Cena 500 za miejsce, regulowane siedzenia, plazma, droga 8 godzin. A więc nigdy więcej przepłacania w Nepalu.

Dojechaliśmy pomyślnie do granicy i skierowaliśmy się do znanego nam hoteliku o szumnej nazwie Holliday Inn. Jedna nocka w przygranicznym Belhiya w nareszcie ciepłym klimacie. Od momentu gdy zjechaliśmy z przedgórzy Himalajów na niziny Terai dotknął nas gorący powiew Indii i przez cały czas skapywaliśmy potem. Tak więc następnego dnia – przez całą drogę do Varanasi – nasycaliśmy się gorącym indyjskim powietrzem siedząc w mokrych koszulkach i popijając lodowatą wodę.

Granica

Rano wypełniliśmy w Nepali Immigration Office druczki wymeldowania z Nepalu i skierowaliśmy się do wielkiej bramy WELCOME TO INDIA. Na przejściu trzepano plecaki podróżnym, my jednak zlustrowani dokładnie przez urzędnika zostaliśmy skierowani bokiem omijając bramki kontrolne. Jakże charakterystyczne i uparte było jego dopytywanie się o zawartość naszych plecaków: „co macie?” – „nasze życie mamy w plecakach” – „czyli co?” – „komputery, ubrania” – „i… co?” – „i nic.” – „ok, idźcie tędy.” 

500 metrów spaceru do urzędu meldunkowego Indii. Tam wypełniliśmy druczki i po długim oczekiwaniu w końcu dostaliśmy pieczątki na nasze świeżutkie wizy indyjskie. Urzędnik bardzo skrupulatnie coś sprawdzał i porównywał, zdążyliśmy więc zużytkować nasze pozostałe gigabajty nepalskiego n-cella. Spotkaliśmy tam też fajną koreańską dziewczynę – Jior, 26 lat – trekkingującą w Nepalu wokół Annapurny i wokół Kathmandu, która zmierzała także do Varanasi.

W końcu opuściwszy office wsiedliśmy w autobus, który powiózł nas do Gorakhpur. Cena biletu musiała się podnieść, albo taką złapaliśmy linię: tym razem zapłaciliśmy 400 rs za naszą szóstkę (trzy dorosłe osoby, jedno dziecko 8 lat i 2 młodsze). Ale za to autobus zajechał pod sam dworzec Gorakhpur Junction i nie musieliśmy przemierzać miasta jak ostatnio.

Bilety do Varanasi

Na stacji dowiedzieliśmy się, że najłatwiej nam będzie do naszej docelowej Orrisy dojechać z Varanasi, a więc zgodnie z wcześniejszymi przypuszczeniami – i nadziejami – wylądowaliśmy tego dnia w świętym Benares.

Kupno biletu nie jest zwyczajną rzeczą: spośród mnóstwa okienek po obu stronach hali sprzedażowej indyjskich kolei, z których każde miało kolejkę długości kilkanaście metrów należało wybrać to z napisem MAHILI w hindi, czyli „kobiety”. Jak pisałam już kilkakrotnie wcześniej – kobiety w Indiach nie mają obowiązku stać z mężczyznami w jednej kolejce. Ta sytuacja ma miejsce wszędzie tam, gdzie ludzie stosują przepychanki i upychają się w tych kolejkach jak śledzie by tylko dostać upragniony produkt i nikt nieupoważniony nie wkręcił się w kolejkę. Wówczas nikt nie zostaje „skalany” niepotrzebnym dotykaniem się z ukrytymi intencjami… No i oczywiście zarówno w męskich, jak i żeńskich kolejkach dzieją się rzeczy bardzo różne i dochodzi także do rękoczynów, chociaż oczywiście w nieco łagodniejszym stylu niż ma to miejsce w Europie. Uważa się jednak, że w kolejce MAHILI jest ogólnie łatwiej dostać bilet niż w jednej z kilkunastu zwyczajnych kolejek, a więc po obu stronach okienka stoi zazwyczaj kilku mężów, którzy w tym celu wydelegowali tu swoje żony.

Nabyliśmy ostatecznie bilet w klasie General, czyli ogólnej, gdyż dla tej relacji nie było innego pociągu. Na pytanie co mamy zrobić jeśli mamy małe dzieci ze sobą – przewidując ścisk – powiedziano nam byśmy zgłosili się do konduktora pociągu i on powinien nam zapewnić komfortowe miejsce.

My jednak wsiedliśmy szybciutko nauczeni wcześniej w induskim stylu jak zajmować miejsca i zapewniliśmy sobie sami komfortową podróż. Układ miejsc w wagonie był bardzo zbliżony do tego w klasycznym Sleeper Class, tyle że numerków na 1 siedzeniu było 4 siedzące (zamiast 1 leżącego). Półka górna była tylko jedna (zamiast dwóch) i węższa i pierwotnym jej przeznaczeniem było umieszczanie bagażu, a więc nie miała przypisanych numerków. W praktyce jednak na tej górnej półce także toczy się życie – wczoraj na przykład na półkach po sąsiedzku siedziało sześciu Hindusów w bieli, co zapewne oznaczało, że są w trakcie stypy pożegnalnej. Wrzuciliśmy więc i my na półki nasze maluchy, które trochę śpiąc a trochę fikając spędziły w taki sposób czas do Varanasi.

Oczywiście numeracja miejsc w tym pociągu nie obowiązywała, gdyż jechał on z klasą General i na naszych biletach nie było przypisanych żadnych miejsc. Według informacji jednego z podróżnych Indusów – jeżeli wsiądziemy w ten pociąg z biletem z miejscówkami, to jest on ważny, jedynie miejscówka traci prawo roszczeń.

Święte miasto Benares

Pociąg odjeżdżał z Gorakhpur o 16.00, a dotarł na miejsce przed czasem, czyli kilkanaście minut przed dziesiątą wieczorem. Pachnąco-śmierdzące święte miasto przywitało nas kolorowym neonem otaczającym budynek Varanasi Junction. 350 indyjskich rupii bez negocjacji za dowiezienie naszej paczki z dworca do Aasi Ghat,  gdzie mieliśmy nasz upatrzony Kushi Guest House.

Gospodarz przywitał nas wylewnie nie ukrywając radości, że doceniamy jego przybytek wracając. Dostaliśmy więc od ręki nasz stary pokoik z łazienką i po przyjęciu błogosławieństwa świeżej czystej wody na nasze spocone ciała zwaliliśmy się do łóżek.

Subskrybuj mój kanał youtube – filmy poniżej.

Jak ujrzeliśmy nizinę Terai

Artykuły powiązane

Zostaw komentarz

Войти с помощью: