Dlaczego India: historia dziewczyny z Niemiec

Dlaczego India: historia dziewczyny z Niemiec

To jest historia Ekanangi i przyczyny, dla której znalazła się tutaj, w Indiach.

Nigdy nie chciałam pojechać do Indii, byłam przerażona myśląc o tym kraju. Zawsze twierdziłam, że nigdy nie pojadę do Indii, że chcę jechać do Ameryki.  W latach siedemdziesiątych, gdy byłam nastolatką, Indie były bardzo modne ze względu na potęgę ruchu hippie.  Marzyłam o tym, by być częścią ruchu hippie, ale myślałam w następujący sposób: “Jeśli pojadę do Indii, na pewno tam umrę.” Właściwie to nikt mnie nie przekonywał, bym tam jechała.

Pochodzę z Niemiec. Byłam bardzo nieszczęśliwym dzieckiem mieszkającym w nieszczęśliwym domu. Moja rodzina pochodzi z byłej Czechosłowacji. Opuścili oni swój kraj podczas wojny, a później uciekli z Niemiec Wschodnich do Niemiec Zachodnich. Doświadczyli oni sporej traumy. Ja zaś dorastałam w atmosferze stałej rozpaczy, smutku i frustracji.

Moja rodzina nie była w stanie zintegrować się z zachodnim społeczeństwem. Pomimo, że urodziłam się w Niemcach Zachodnich, dorastałam tam jako cudzoziemiec, nie mogąc właściwie nawet zrozumieć tamtejszego powszechnego dialektu. Więc pomimo, że tam się urodziłam – dorastałam jako dziecko-uchodźca.

Kiedy miałam dwa lata zachorowałam na poważną chorobę zwaną białaczką i spędzałam dużo czasu w szpitalu lub w domu w łóżku. Byłam bardzo chuda, bardzo słaba i pełna bólu. W cudowny sposób pokonałam chorobę w wieku czterech i pół roku i mogłam iść do szkoły w wieku pięciu lat.

Sądzę, że całe to ciężkie cierpienie i samotność we wczesnym dzieciństwie dało mi wiedzę i właściwe pytania, że w życiu musi być prawdziwe szczęście, ale gdzie i jak je znaleźć? Nie ma go tutaj, gdzie jestem, więc gdzie ono jest? Jako dziecko patrzyłam w cudze ogrody, lub cudze okna i myślałam: „Wygląda tam tak pięknie, wewnątrz musi być szczęście” lub „ta rodzina jest taka miła, to właśnie musi być szczęście”.

Jako nastolatka w tamtym czasie byłem przekonany pod wpływem filmów, że szczęście i „prawdziwe życie” znajdę w różnych znanych miejscach, takich jak w Nicei, Cannes, Nowym Jorku, Londynie itd. Jednocześnie też widziałam siebie jako kowboja, jadącego konno na Dzikim Zachodzie.

Tak więc w ciągu kilku lat odwiedziłam kolejno wszystkie te słynne miejsca. Ale gdzie było to szczęście, gdy stałam przed słynnym kasyno w Monte Carlo, pośród wieżowców Nowego Yorku, w Hollywood czy na morzach południa, wpatrując się w tak zwane „plaże snów”. Za każdym razem będąc w jednym z tych znanych miejsc spodziewałem się, że będzie wyjątkowo.

Życie płynęło dalej i wciąż czułam się w nim pusta, smutna i samotna. Siedziałam na wielu bardzo pięknych i znanych plażach. Widziałam wieloryby i delfiny. Podróżowałam przez Australię i dookoła niej. Pamiętam te ogromne, cudowne klify nad morzem na Southcoast … Miałem wiele takich doświadczeń.

Zaczynało stopniowo do mnie  docierać, że w moim postrzeganiu rzeczywistości jest poważny błąd.  Spotkałam wielu podróżników i wielu z nich prowadzi podobnie życie. Czy to jest ten rodzaj szczęścia, którego szukam?  Tak więc jest to pewna iluzja, której ulega wielu – „Moje życie zmieni się, kiedy zmienię kraj i miejsca.”

To nie działa tak. Mój umysł, mój sposób myślenia, moje lęki, moje wspomnienia, moja samotność są zawsze ze mną!  I jeśli nie zmienię mojego poglądu, mojego postrzegania i wiedzy o świecie, nadal będę stwarzała to samo cierpienie, ponieważ karma jest naszym umysłem. Zawsze wybieram takich samych przyjaciół i robię te same głupoty, ponieważ wciąż jestem tą samą osobą. Gdziekolwiek jestem, zawsze tworzę to samo środowisko, ponieważ mój umysł jest źródłem nieszczęśliwości, nic więcej.

Ale jak mogę zmienić mój umysł i jak znaleźć lekarstwo na mój smutek w życiu?

Wiele zrozumienia przyszło gdy studiowałam sztukę w Sydney. Malowałam wiele lat. Pamiętam, jak popijając piwo płakałam przed moim obrazem pytając siebie – Co to jest?…

Pewnego dnia, gdy zakończyłam nieudany związek z mężczyzną – była to kolejna próba uzyskania szczęścia i sensu życia – w Niemczech, znowu chciałam odnaleźć w życiu prawdę.

I znowu pojechałam do Australii – miałam wtedy 40 lat lat. Zostawiłam moich przyjaciół i porzuciłam wszystko. Pojechałam do Sydney, kupiłam tam samochód kempingowy i zniknęłam ze świata na 6 miesięcy składając ślubowanie nie nawiązywania kontaktów z ludźmi i nie rozmawiania z nikim. Naprawdę chciałam dowiedzieć się czegoś o sobie, nie pozostając pod niczyim wpływem.

Tak więc zrobiłam to.  Codziennie malowałam jeden obraz w naturalny sposób czerpiąc coś z mojego otoczenia – tak robiłam ciągu tych sześciu miesięcy. Kiedyś przez tydzień byłam zamknięta w moim samochodzie kempingowym z powodu ulewnego deszczu i codziennie rysowałem autoportret.  Zrozumiałam wtedy, że wszystko to co mam, przychodzi ode mnie samej, a nie od kogoś z zewnątrz. Zdałam sobie sprawę, że nie ma nikogo, kogo mogłabym za to winić. Uświadomiłam sobie, że nie istnieje żaden zewnętrzny powód mojej nieszczęśliwości, prócz mego rozproszonego umysłu.

Ale po tym, jak wiele razy zdałem sobie sprawę z tej przyczyny cierpienia, wciąż nie wiedziałam gdzie jest lekarstwo, jak mogę to zmienić?

W końcu znalazłam w Queensland w Australii centrum buddyjskie i po raz pierwszy mogłam usłyszeć o naturze ludzkiego umysłu, o iluzji dotyczącej świata i nas samych. W każdym razie, zaczęłam ćwiczyć medytację. Czułam się tam głęboko szczęśliwa, było to miejsce stworzone dla mnie … tak myślałam.

Starałam się zachować tę wiedzę i praktykę, ale w końcu nie mogłam znaleźć prawdziwego celu w buddyzmie i ostatecznie ustąpiłam. Poddałam się i zaprzestałam poszukiwań czegokolwiek poza moim materialnym życiem, stosunków roboczych i powierzchownych kontaktów. „Może nie ma w życiu więcej niż to.”

Ostatecznie powróciłam do Berlina mówiąc sobie – ok, zapomnij o tym wszystkim, nigdy niczego nie zrozumiesz ze swego życia, chodź do pracy, zarabiaj pieniądze, oglądaj telewizję, poddaj się, tu nie ma nic dla ciebie.

Byłam jednak bardzo zła, że musiałam porzucić wszelkie moje nadzieje.  I pamiętam, że pewnego dnia, kilka miesięcy po przyjeździe do Berlina, siedziałam w moim nowym mieszkaniu i pytałam, głęboko wewnątrz samej siebie – „Powiedz mi prawdziwy sens mojego życia, powiedz mi!” I wtedy doświadczyłam wizji.  Widziałam biały dom gdzieś w Indiach – między północą a południem.

Powiedziałam sobie jednak: „To nie jest odpowiedź dla mnie, ponieważ ja jej nie rozumiem. Nie traktujesz mnie serio…” Nie wiem, z kim wtedy rozmawiałam, ale kilka lat później otrzymałem tę samą odpowiedź na moje pytanie.

Pracowałam wtedy jako pielęgniarka w hospicjum, każdego dnia oglądałam umierających ludzi.  I znowu pytałam siebie – Co to znaczy, jakie jest znaczenie mojego życia? I znowu nie znalazłam odpowiedzi. Ale nadal mówiłam sobie – „Nie, nie pojadę do Indii.” – Wtedy miałam 48 lat.

Pewnego dnia, osiem lat później, miałem ciężki dzień w pracy. Byłam tak zmęczona, to było dla mnie takie trudne… Usiadłam wtedy sofie, otworzyłam regionalne czasopismo, które zwykle czytałam. Przeglądałam ogłoszenia, których jeszcze nie przeczytałam … I znalazłam następujący anons: „Indyjski mistyk udziela konsultacji i poradnictwa”. Ok, zadzwoniłam do niego od razu, a on powiedział: „No cóż, możesz przyjść.”

Przyszłam. To był bardzo prosty indyjski człowiek. On siedział na swoim krześle, a ja siedziałam na przeciwko czekając co on powie. Powiedziałam mu wtedy, że mogę widzieć to, co przydarzy się ludziom w przyszłości oraz, że nie mam pojęcia co robić z moim życiem. Mystic jest nauczycielem indyjskim i aktualnie jest moim gurudeva.

Czasem nie zdawałam sobie sprawy, że to co widzę to przyszłość. Często jednak to było dla mnie jasne, ale nie dla innych ludzi.  Czasami próbowałam coś powstrzymać lub powiedzieć komuś, żeby się jakąś sprawą zajął. I z tego powodu miałam kłopoty emocjonalne, czułam się odpowiedzialna i winna. Nie mogłam jednak przecież się wtrącać.

Karma jest prawem przyczyny (działania) i skutku (efektu działania). Potem nauczyłam się od Mystica, że nawet jeśli ktoś jest w stanie widzieć przyszłość, nie może ingerować, bo nikt w to nie wierzy, a najczęściej właściwie nie chce o tym wiedzieć. To jest jak prawo natury: przeznaczenie musi się wypełnić. Z wiedzą, znajomością pism wedyjskich – pism świętych mających ponad 5000 lat – nauczyłam się, że prawo karmy jest tak silne, że nikt nie może wtrącać się, chyba że posiada właściwą mądrość.

Tak więc, mój gurudewa, mój nauczyciel, uczy mnie sensu  duchowego życia – jak je prowadzić – a także jak radzić sobie i żyć w pokoju z tą zdolnością do przewidywania rzeczy. Bardzo ważne jest rozumienie, że ta zdolność widzenia przyszłości jest bardzo przereklamowana i niesie tylko nieznaczny efekt uboczny w życiu duchowym.

Wkrótce po tym, jak spotkałam Mystica, mojego gurudewa, pojechałam z nim i jego grupą ludzi po raz pierwszy do Indii. W tym czasie uważałem się wciąż za buddystę, kogoś, kto nie wierzy w boga, kto nie ma wiary w wyższy autorytet.  Nie miałam pojęcia kim jest ten człowiek, który udziela tych nauk. Dla mnie był on kimś w rodzaju oryginalnego buddysty.  Tak więc po prostu postępowałam za nim nie mając pojęcia dokąd idę.

Ale to się zmieniło podczas tej pierwszej podróży do Indii. W tym czasie odwiedziliśmy Ekacakra, święte miejsce w West Bengal, gdzie miałam po raz pierwszy duchowe doświadczenie w świątyni.

Wróciwszy do Berlina rozpoczęłam pracę dla Mystica, polegającą na organizowaniu jego wykładów i konsultacji. Więcej i głębiej angażowałam się w nauki wedyjskie, wiedzę o bogu. Mystyc inicjował mnie, co znaczy, że jestem jego uczniem. Dał mi mantrę i ostatecznie wysłał mnie do Indii. Powiedział, że nie mam nic do zrobienia w zachodnim świecie. Miałam wtedy 54 lata, a on powiedział, bym porzuciła pracę i wyjechała. Tak więc zrobiłam. Teraz otrzymuję niewielką rentę z powodu złego stanu zdrowia, na którą uzbierałam pracując jako pielęgniarka. Z tego mogę żyć prostym życiem w Indiach.

Są tam trzy święte miejsca, gdzie bywam. Po pierwsze – jest Jagannatha Puri w Orissie, która stanowi rezydencję najwyższego Jagannath – Wishnu – Pana Wszechświata oraz inkarnacji Lorda Krsny. Po drugie – jest Vrndavana w Uttar Pradesh, miejsce narodzin Pana Krsny, gdzie gromadzi się wielu wyznawców. I jest Maypura, miejsce narodzin Caitanya Mahaprabhu, który żył 500 lat temu, inkarnacji Pana Krsny.

Tak więc obecnie nie skupiam się na życiu zewnętrznym, a na wewnętrznych relacjach, jakie mogę mieć ze świętymi miejscami i świętymi ludźmi.  Miejsca bardzo znane, słynne z filmów i i mitów utworzonych przez ludzi już nie interesują mnie… Nowy Jork jest dla przygody, Paryż dla miłości i piękna, Hollywood dla sławy, Monako, by ujrzeć życie milionerów i tak dalej. Pod wpływem iluzji i biegałam od miejsca do miejsca wciąż poszukując. Myślałem, że prawdziwe życie jest tam, gdzie są wszyscy sławni ludzie w słynnych miejscach. Potrzebowałem rozczarowania, by wreszcie przejść dalej i spojrzeć z innego poziomu.

Łączenie się ze świętym miejscem jest jak połączenie z prawdziwą naturą, którą mamy w sobie.

Dziś więc prowadzę życie sannyasi, pomimo, że jestem kobietą. Sannyasi to ktoś, kto wyrzekł się wszystkiego. Nie ma on swego domu, rodzinnego życia, ani żadnych materialnych rzeczy, które uważałby za własność. Wiedza jest przekazywana w taki sposób od starożytności aż do dzisiaj – co zwane jest parampara – sannyasi uczy się u swego guru, potem zaś sam naucza, do końca swego życia. Mam 60 lat i moja podróż prawie dobiega do końca.

Przerwać cierpienie oznacza także zaakceptować cierpienie, swą przeszłość, wszystkie błędy i niewłaściwe działania jako element trwającego całe życie procesu nauki i postępu. Ten świat jest miejscem cierpienia i to stanowi niepodważalny fakt. Próby jego uniknięcia są strata czasu. Nie możemy tego zrobić, możemy jednak przekształcić cierpienie.  By zobaczyć prawdę musimy zrozumieć, że cierpienie nie przychodzi z zewnątrz. Ono jest wewnętrzne – to nasz rozproszony umysł, nic innego. Świat jest właściwie neutralny – on JEST. To my sami tworzymy pole bitwy – nasz własny umysł kreuje konflikt.

Najważniejsze pytanie brzmi teraz: Czy odnalazłam szczęście i prawdę? Czy potrafię przekształcić mój umysł?

Odpowiedź brzmi: wciąż jestem w drodze, odnalazłam jednak kierunek. Czasami cofam się wstecz do moich starych złych nawyków, czasami mogę trochę posunąć się naprzód. Cóż, myślę, że zostało mi może jakieś 20 lat. Zobaczymy, jak daleko zajdę.

W tym procesie ważne jest również, aby przestać obwiniać innych, za własną nędzę. Nikogo nie można winić. Ale bez proszenia o pomoc, nie można niczego zmienić.

Obecnie pracuję przy tłumaczeniu książek mojego gurudev. Mam roczną wizę indyjską, ale po 6 miesiącach muszę opuścić Indie, przedłużyć wizę i potem mogę znów przyjechać. W październiku więc pojadę do Nepalu. Czasami latam samolotem, ostatnio jednak podróżuję więcej pociągiem. Gdy wrócę następnym razem będę mieć 5-letnią wizę studencką. W Indiach jest wiele możliwości studiowania.

Dziękuję Doroto, że mogłam opowiedzieć o moim mało znaczącym życiu. Mam nadzieję, że moja opowieść jest przejrzysta. Jeżeli ktoś ma jakieś pytania, może mogę na nie odpowiedzieć. Skieruj ich do mnie, a ja postaram się odpowiedzieć. Kwestia duchowego życia jest bardzo rozległa i nie można opowiedzieć wszystkiego w jednej krótkiej historii. 

Ekananga

Główne zdjęcie w artykule przedstawia obraz olejny autorki pod tytułem „Die Raise: czyli „Podróż”.  W tekście na zdjęciu autorka w czasie swojej inicjacji. 

Zapraszam także do komentowania pod artykułem – na samym dole strony. Autorka tej historii chętnie wejdzie w dialog na temat życia w Indiach.

Artykuły powiązane

Zostaw komentarz

Войти с помощью: