Bangladesz: kobieta w kulturze islamu

Bangladesz: kobieta w kulturze islamu

Muzułmańska mama to taka jak w reklamie mydełka dla całej rodziny marki Lifebuoy:

uśmiechnięta, bez zakrytej twarzy, ale z włosami przykrytymi kolorową – najlepiej czerwono-zieloną – chustą. Kobiety ubierają się tu wcale różnorodnie i czerń wcale nie jest często spotykana. Nawet jeżeli babka ma na sobie „namiot”, to w tym kraju często on bywa kolorowy, na przykład wiele z nich lubi róż.

Kobiety na ulicy noszą się tak,  jak się która czuje, albo co zdecyduje w tej kwestii mąż, lub tradycja rodzinna męża. Czasami widywałam, że w niektórych rodzinach czador obowiązywał nawet małe dziewczynki. Najmłodsza, jaką widziałam w czadorze to około 12 lat – mniej więcej. No tak, to jest już wiek pokwitania i rozwoju tożsamości, a także emocjonalnych dylematów, które u niejednej dziewczynki widać na twarzy w postaci dolegliwości skórnych. Właściwie trudno stwierdzić jednoznacznie, czy narzuca to tradycja rodziny, czy może wygoda.

Jeżeli chcielibyśmy zrozumieć ten świat i kobiety, które wciąż z własnej woli chodzą zakutane w namiot – uwzględnijmy, że w tych krajach wychowanie wyklucza jakiekolwiek „maski”. W naszym świecie nauczyliśmy się przywdziewać obojętny wyraz twarzy i z takim nosimy się na ulicy. W efekcie mamy morze ludzi – całe miasta – osób kompletnie sobie obcych.

W kulturze południowoazjatyckiej tego się nie stosuje – powiedzmy to inaczej: tu tego nie ma. Jeżeli wiec kobieta zamierza schować pod suknią nie tylko swe wdzięki, ale także i emocje – a tego wymagałaby prawdziwa lojalność wobec siebie lub najbliższych – musi bardziej się przykryć.

Wybierając się do muzułmańskiego kraju – nawet tak liberalnego, jak Bangladesz – lepiej być przygotowaną, że jedno z pierwszych pytań, jakie usłyszysz na ulicy to „Gdzie twój mąż?” I naprawdę odradzam wam, babki, prezentowanie swoich liberalnych poglądów, czy przekonywanie przygodnych rozmówców, że nie potrzebujesz faceta do szczęścia…

Zasadniczo dużo chodzę sama i czuję się bezpiecznie – ramiona okrywam chustą, co stanowi minimalny standard nakazujący mężczyznom trzymać dystans. Nie wnikam raczej w rozmowy z panami na ulicy, chyba że mam w tym jakiś osobisty interes, a osoba jest komunikatywna.

Wiadomo, że niemal zawsze pierwszym postawionym białasowi pytaniem jest „Skąd jesteś?” Nie widzę powodu, by pełnić rolę gwiazdy ulicy tylko dlatego, że tak się złożyły w tym miejscu warunki i – jeśli nie mam ochoty – nie odpowiadam na niektóre pytania. Tym bardziej, że bardzo często słyszą to co chcą – mówisz Poland, a oni słyszą France…

A na pewno rzadko odpowiadam na pytanie o imię – po prostu mówię, że mój mąż nie zgadza się, bym wyjawiała moje imię. Kobiety, nie wyobrażacie sobie jak to piorunująco działa. Natychmiast rzesza gapiów kiwa głowami i widać jak w błyskawicznym tempie zyskujesz szacunek.

Jak to wyrazić? Ja komunikuję się szczątkami hindi uzupełnionymi o angielskie zwroty i zasadniczo w krajach Azji Południowej zwrot „mero sriman”, czyli „mój mąż” jest powszechnie zrozumiały… a co tam dalej on mówi to już nie jest ważne. Istotne, że stoi wirtualnie za tobą. Masz wtedy szacun i poparcie całej ulicy.

Najważniejszym jednak elementem w komunikacji z tymi ludźmi jest ich uważne słuchanie, co stanowi pewien standard kulturalnych ludzi w tych krajach.

Subskrybuj mój kanał youtube – filmy poniżej.

Rodziny muzułmańskie – Kolkata

Jak się bawi młodzież w Bangladeszu

Artykuły powiązane

Zostaw komentarz

Войти с помощью: