Satyagraha: jak to było – z autobiografii Mahatmy

Satyagraha: jak to było – z autobiografii Mahatmy

Niniejszy fragment stanowi kilka wybranych rozdziałów z części III Autobiografii mówiący o tym jak rozpoczął się konflikt hinduskiej części społeczeństwa z angielską władzą, obejmujący dalej aktywność zwaną jako Satyagraha.

Gandhi, dzięki swoim odważnym działaniom mającym poprawić byt jego rodaków na wybrzeżu południowoafrykańskim, gdzie wielu przybywało w ramach umowy kontraktowej, staje się przywódcą klubu zwanego Kongresem, który zajmował się chronieniem praw przybyłych do Afryki „kulisów”, co obejmowało wówczas głównie pokojową propagandę.

Przybywając do Natalu po raz drugi – tym razem już nie tylko jako prawnik z angielskim wykształceniem, zatrudniony przez korporację Dada Abdoolla and Co., ale także jako osoba przewodnicząca działaniom Kongresu – przywozi swoją rodzinę: żonę i synów.

Konflikt następnie rozwija się sięgając do Indii i ostatecznie prowadzi do wyzwolenia, rozprzestrzeniając ideę Satyagraha niemal na całym świecie, wszędzie gdzie znajdują się osoby wmieszane w  indyjską historię, bądź zainteresowane sytuacją spadkobierców kultury Indii oraz ci, których zainspirowała Satyagraha – metoda niepodejmowania czynnej walki przeciw oprawcom wobec zaognienia konfliktu.

Wielka odwaga, właściwie brawura w imię rozumienia i postępowania drogą prawdy jest w wydaniu tego człowieka drobnej, chudej postawy i Wielkiej Duszy – Mahatmy – wystarczająco inspirującą postawą, by opowiedzieć o niej na mojej stronie.

Pomruki burzy

(…) Grudzień na południowej półkuli jest miesiącem monsunów oraz burz morskich większych i mniejszych, które są częstym zjawiskiem w tym okresie na południowych morzach. Burza, która nas złapała była jednak tak gwałtowna i trwała tak długo, że pasażerów ogarnęła panika. Były to niezapomniane chwile; wszyscy byli zrównani w obliczu niebezpieczeństwa. Wszyscy zapomnieli o dzielących ich różnicach i skierowali swe myśli ku Opatrzności: zarówno wyznawcy Mahometa, czy też Buddy jak i chrześcijanie. Niektórzy wznosili głośne modły. Kapitan przyłączył się do modlitwy swych pasażerów zapewniając, że burza jest co prawda niebezpieczna, ale przeżył już niejedną gorszą od tej, przy czym tłumaczył, że dobrze zbudowany statek potrafi się oprzeć każdej burzy.

Ale pasażerowie byli niepocieszeni. Co chwilę słyszeli jakieś trzaski i odgłosy zapowiadające rzekomo zatonięcie statku. Statek istotnie tak się kołysał, że zdawało się iż za chwilę się wywróci. Oczywiście nikt nie pozostawał na pokładzie. „Niech się dzieje wola boża!” – oto słowa, które każdy miał na ustach.

O ile sobie przypominam trwało to około dwudziestu czterech godzin. Wreszcie niebo się przejaśniło, ukazało się słońce, kapitan oznajmił, że jest już po burzy. Twarze ludzkie rozjaśniło szczęście, a wraz ze zniknięciem niebezpieczeństwa imię Boga zniknęło z ich ust. Objadanie się, pijaństwo, śpiewy i żarty były znów na porządku dziennym. Znikła obawa śmierci, a poważne pienia i modlitwy zastąpiła „maya” (złudzenie doznawania trwałego szczęścia). Śpiewano wprawdzie jak zwykle namaz (modlitwę muzułmańską) i kantyczki, ale brak im już było tej, co dawniej podniosłości.

Ta burza zbliżyła mnie bardzo do pasażerów. Nie odczuwałem wielkiego lęku przed nią, gdyż przeżyłem już parę burz na morzu. Na ogół dobrze znoszę podróż morską i nigdy nie choruję. Mogłem więc bez przeszkód krążyć między pasażerami, podnosząc ich na duchu i przynosząc od kapitana cogodzinne raporty.

Więzy przyjaźni, które wtedy nawiązałem bardzo mi się, jak to później zobaczymy, przydały.

Statek zarzucił kotwicę w Durbanie 18 lub 19 grudnia. Drugi statek „Naderi” nadpłynął tego samego dnia. Ale prawdziwa burza miała wybuchnąć dopiero później.

Burza

Żadnemu jednak pasażerowi przybywającemu do portu południowoafrykańskiego nie wolno wyjść na ląd, zanim komisja lekarska go nie zbada. Jeżeli na statku znajduje się bodaj jeden pasażer chorujący na chorobę zakaźną, statek zostaje poddany kwarantannie. Wobec tego zaś, że w chwili kiedy opuszczaliśmy Bombaj panowała tam epidemia dżumy, istniała obawa, że będziemy musieli przejść przez krótka kwarantannę. Przed rozpoczęciem badania lekarskiego statek wywiesza żółta banderę, która zostaje opuszczona dopiero po stwierdzeniu przez lekarza, że na statku nie ma chorych.

Zgodnie z tym nasz statek również wywiesił żółtą banderę na czas przybycia lekarza i dokonywania przez niego inspekcji. Lekarz postanowił, iż statek powinien być poddany kwarantannie w ciągu pięciu dni, gdyż okres inkubacji zarazków dżumy trwa najwyżej dwadzieścia trzy dni. Z tego wynikało, że musimy przebyć kwarantannę, aż minie dwudziesty trzeci dzień od chwili naszego opuszczenia Bombaju, gdzie panowała epidemia. Ale rozkaz poddania nas kwarantannie powodowany był nie tylko względami sanitarnymi.

„Biała” ludność Durbanu rozwinęła gorączkową agitację, domagającą się naszego powrotu do Indii i to właśnie było powodem wydania tego rozkazu.

Firma „Dada Abdoolla and Co.” dostarczała nam codziennie wiadomości o sytuacji w mieście. Codziennie odbywały się masowe wiece „białych”, na których padały wszelkiego rodzaju pogróżki skierowane niekiedy również przeciwko linii okrętowej „Dada Abdoolla and Co.” „Biali” byli nawet gotowi zapłacić odszkodowanie tej firmie pod warunkiem, że obydwa przybyłe statki zostaną odesłane z powrotem.

Ale „Dada Abdoolla and Co.” nie należeli do ludzi, którzy ulękli by się pogróżek. Sheth Abdul Karim Hadji Adam był wtedy wspólnikiem i dyrektorem firmy. Codziennie przysyłał mi szczegółowe listy.

Na szczęście, nieżyjący już Manskhlal Nazaar byl wtedy w Durbanie, dokąd przybył, aby spotkać się ze mną. Byl to człowiek zdolny, odważny, stojący na czele hinduskiej gminy, podobnie jak jej adwokat, mister Laughton. Surowo potępiał postępowanie białych osadników i udzielał porad naszej gminie nie tylko jako opłacany przez nią adwokat, ale też jako nasz prawdziwy przyjaciel.

W ten oto sposób Durban stał się widownią niezwykłego pojedynku. Z jednej strony: gromada ubogich Hindusów oraz ich nieliczni angielscy przyjaciele, z drugiej – liczne szeregi białych doskonale wykształconych, zamożnych i uzbrojonych, mających ponadto za sobą poparcie państwa, gdyż rząd Natalu otwarcie im pomagał.

Mister Harry Escombe, który był wtedy jednym z najbardziej wpływowych członków gabinetu, brał jawny udział w ich wiecach.

Istotnym więc powodem kwarantanny było usiłowanie zmuszenia pasażerów do powrotu do Indii przez zastraszenie ich samych bądź właścicieli linii okrętowej. W ostatnich dniach pogróżki kierowano również pod naszym adresem: ” Jeżeli nie wrócicie do domu, powrzucamy was do morza, ale gdybyście wrócili, gotowi jesteśmy nawet zwrócić wam pieniądze wydane na podróż.”

Nieustannie krążyłem pomiędzy pasażerami podtrzymując ich na duchu. Wysyłałem również i do pasażerów statku „Naderi” listy dodające im otuchy.  Wszyscy zachowywali się spokojnie i odważnie.

Zorganizowaliśmy na statku różne gry aby rozerwać podróżnych. W dniu Bożego Narodzenia kapitan wydał obiad dla pasażerów pierwszej klasy. Moja rodzina i ja byliśmy głównymi gośćmi. W mowie wygłoszonej po obiedzie mówiłem o zachodniej cywilizacji. Zdawałem sobie sprawę, że nie jest to odpowiedni moment dla poważnego przemówienia, ale nie mogłem się powstrzymać. Brałem wprawdzie udział w powszechnej zabawie, sercem jednak byłem w bitwie, która się toczyła w Durbanie. To przeciwko mnie była wymierzona. Pod moim adresem kierowano dwa oskarżenia:

1. że podczas mojego pobytu w Indiach pozwoliłem sobie na nieuzasadnione potępienie „białych” zamieszkałych w Natalu,
2. że mając na celu „zalanie” Natalu osiedleńcami-Hindusami umyślnie sprowadziłem dwa statki z imigrantami.

Zdawałem sobie sprawę z odpowiedzialności, jaką ponoszę. Wiedziałem, że „Dada Abdoolla and Co.” narażają się z mego powodu na znaczne ryzyko, że życiu pasażerów grozi niebezpieczeństwo i że zabierając ze sobą swoja rodzinę ja również naraziłem na nie.

Ale nie poczuwałem się do jakiejkolwiek winy. Nie namawiałem nikogo do wyjazdu do Natalu, nie znałem nawet poza kilkoma swoimi krewnymi innych pasażerów, zanim znaleźli się na statku. Podczas mojego pobytu w Indiach nie powiedziałem jednego słówka o „białych” mieszkających w Natalu. Na poparcie zaś tego co powiedziałem miałem poważne dowody.

Prawdą jest natomiast, że ubolewałem nad cywilizacją, której wytworem są „biali” osiedleni w Natalu, reprezentujący i szczycący się nią. Tę właśnie cywilizcje miałem cały czas na myśli i o niej mówiłem w przemówieniu wygłoszonym w tym szczupłym gronie.

Kapitan oraz inni moi przyjaciele raczyli wysłuchać mnie z uwagą i potraktowali moje przemówienie w tym samym duchu, w jakim je wygłosiłem. Nic nie jest mi wiadomo, by ono miało w jakimkolwiek sensie wywrzeć wpływ na dalszy bieg ich życia, natomiast później odbyłem długie rozmowy z kapitanem i innymi oficerami na statku na temat zachodniej cywilizacji. Mówiłem o tym, że cywilizacja zachodu jest w przeciwieństwie do wschodniej oparta na sile. Moi słuchacze odwoływali się do wyznawanej przeze mnie wiary, a jeden z nich – o ile sobie przypominam, był to kapitan – powiedział do mnie:

– Wyobraźmy sobie, że „biali” zechcą wprowadzić w czyn swoje pogróżki. Jak zamierza pan dochować wiary swojej zasadzie „niesprzeciwiania się złu”?

– Mam nadzieję, że Bóg obdarzy mnie odwagą i rozsądkiem, bym mógł im wybaczyć, a także powstrzyma mnie od pociągnięcia ich do odpowiedzialności prawnej. Nie żywię przeciwko nim żadnego żalu. Ubolewam jedynie nad ich ciemnotą i zacofaniem. Wiem, że ci ludzie są przekonani o słuszności tego, co teraz czynią. Nie mam żadnego powodu gniewać się na nich.

Zapytujący mnie uśmiechali się, być może, niedowierzająco.

Tymczasem dni wlokły się nieprawdopodobnie. Niepodobna było przewidzieć kiedy się może skończyć okres kwarantanny. Oficer, w którego kompetencji znajdowały się te sprawy powiedział, że obecnie przeszły one do innych instancji i że natychmiast po otrzymaniu odpowiednich instrukcji od rządu udzieli pozwolenia na lądowanie.

W końcu wystosowano ultimatum do pasażerów i do mnie. Zaproponowano nam, abyśmy usłuchali, „jeżeli nam życie miłe”. W naszej odpowiedzi zarówno wszyscy pasażerowie jak i ja obstawaliśmy przy przysługującym nam prawie lądowania w porcie Natal i podkreślaliśmy nasze nieugięte postanowienie wykonania tego, nie bacząc na wszelkie grożące nam niebezpieczeństwa.

Kiedy dwudziesty trzeci dzień dobiegał końca, obydwa statki otrzymały zezwolenie zawinięcia do portu, jednocześnie pasażerom pozwolono zejść na ląd.

Próba

Statki zawinęły do doków, a pasażerowie zaczęli schodzić na brzeg.

Mister Escombe nadesłał list do kapitana statku, w którym poinformował, że wobec ogromnego wzburzenia, jakie panuje wśród „białych” z powodu mnie i mojej rodziny, byłoby wskazane, abyśmy wylądowali o zmroku, kiedy naczelny komendant portu, mister Tatam, będzie mógł eskortować nas do domu.

Kapitan przekazał mi tę wiadomość i wyraził zgodę na tę propozycję, ale zaledwie zdążyło minąć pół godziny, kiedy do kapitana przybył mister Laughton mówiąc: „Chciałbym zabrać ze sobą mister Gandhiego, jeżeli on nie ma nic przeciwko temu. Jako radca prawny linii okrętowej oświadczam panu, że nie miał pan obowiązku przekazywać wiadomości, jaką pan otrzymał od mister Escombe’a.”

Następnie mister Laughton przyszedł do mnie i powiedział cos w tym rodzaju:

– Jeżeli się pan nie obawia, radziłbym, by pańska żona wraz z dziećmi pojechała do domu mister Rustomdżi, a my udamy się tam pieszo. Nie jestem bynajmniej tego zdania, że powinien pan, niczym złoczyńca przekradać się o zmroku do miasta. Nie sądzę również, aby istniała obawa, że ktokolwiek może zrobić panu coś złego. Wszędzie panuje spokój. „Biali” porozchodzili się. W każdym razie sądzę, że nie powinien pan po kryjomu przybywać do miasta.

Zgodziłem się z nim najzupełniej. Moja żona i dzieci bezpiecznie przyjechali do domu Rustomji. Natomiast ja za zgoda kapitana zszedłem na ląd z mister Laughtonem. Dom Rustomji znajdował się w odległości około dwóch mil od portu. Wkrótce po tym, gdy znaleźliśmy się na brzegu kilku wyrostków rozpoznało mnie i zaczęło wołać „Gandhi! Gandhi!”. Z pół tuzina dorosłych nadbiegło niebawem i przyłączyło się do ich okrzyków. Mister Laughton w obawie, że tłum może się powiększyć przywołał rikszę. Nigdy nie lubiłem posługiwać się rikszą, wtedy po raz pierwszy byłem do tego zmuszony. Ale gromada młodzików nie chciała mi pozwolić wsiąść do pojazdu. Chłopak-rikszarz wystraszył się okropnie i umknął czym prędzej.

Ruszyliśmy więc przed siebie pieszo, a tymczasem tłum rozrósł się bardziej tak, że z trudem mogliśmy poruszać się dalej. Otoczono mister Laughtona i odłączono go ode mnie. Następnie tłum zaczął mnie obrzucać kamieniami, odłamkami cegieł i zgniłymi jajami. Ktoś zerwał mi z głowy turban, a inni zaczęli mnie bić i popychać. Byłem bliski omdlenia, chwyciłem się sztachet blisko jakiegoś domu i przystanąłem by złapać nieco powietrza – ale to było wręcz niemożliwe. Tłum coraz bardziej nacierał na mnie okładając mnie pięściami. Przypadek sprawił, że w tej samej chwili ulicą przechodziła żona naczelnika miejscowej policji, która mnie znała. Ta dzielna kobieta podbiegła natychmiast do mnie, otworzyła parasol, mimo że wtedy wcale nie było słońca i stanęła między mną a tłumem. Umitygowało to nieco rozjuszony tłum, który nie mógł mi zadać uderzenia nie narażając na szwank broniącej mnie pani Alexander.

W tym samym czasie niektórzy spośród młodzieży hinduskiej, będącej świadkami całego zajścia pobiegli do najbliższego urzędu policyjnego. Naczelnik policji, mister Aleksander niezwłocznie przysłał oddział policji, który otoczył mnie i eskortował, aż bezpiecznie dotarłem do domu. Pomoc przybyła w samą porę Komisariat znajdował się po drodze i kiedy doszedłem tam, naczelny komendant policji zaproponował, bym się tam chwilowo schronił, odmówiłem jednak, wyrażając mu przy tym swą wdzięczność.

– Ci ludzie z pewnością uspokoją się, gdy sobie uprzytomnią błąd, jaki popełnili – powiedziałem do niego. – Mam zaufanie do ich poczucia przyzwoitości.

Pod eskorta policji przybyłem bez przeszkód do domu mister Rustomji. Miałem na ciele pełno siniaków i tylko w jednym miejscu byłem skaleczony do krwi. Dr Dadibarjor, nasz lekarz okrętowy, który znalazł się na miejscu od razu okazał mi potrzebną pomoc.

Wewnątrz domu panował spokój, natomiast na zewnątrz był on otoczony przez białych”. Zbliżała się noc. Tłum wył: „Gandhi wanted!”. Szybko się orientujący komendant policji wnet znalazł się na miejscu, usiłując zapanować nad tłumem. Nie groził mu, lecz go rozśmieszał. Ale i on żywił pewne obawy, gdyż przysłał mi kartkę następującej treści: „Jeżeli chce pan uchronić dom swego przyjaciela przed zdemolowaniem, a także ocalić swa rodzinę, radziłbym opuścić go niezwłocznie w przebraniu.”

I oto jednego i tego samego dnia zetknąłem się z dwoma wręcz rozbieżnymi stanowiskami. Kiedy zagrażające memu życiu niebezpieczeństwo było zaledwie problematyczne, mister Laughton zaproponował mi, bym otwarcie stawił mu czoło. Przyjąłem tę radę. Natomiast kiedy niebezpieczeństwo było jak najbardziej oczywiste, inny życzliwy mi człowiek radził mi coś wręcz przeciwnego i ja się również zgodziłem. Któż mógłby z całą pewnością stwierdzić jednogłośnie kiedy miałem rację: czy wtedy, gdy odważnie stawiłem czoło niebezpieczeństwu, czy też – gdy w przebraniu uciekłem przed nim?

(…) Trudno jest więc orzec jak człowiek postąpi w ściśle określonych okolicznościach. Widzimy jednocześnie, że nie można wydawać sądu o człowieku na podstawie jego postępków, zwłaszcza jeśli nie posiada się dostatecznych danych.

Tak czy inaczej przygotowania, jakie zostały przedsięwzięte dla wymknięcia się sprawiły, że zapomniałem o doznanych obrażeniach. Zgodnie z radą głównego policjanta policji ubrałem się w mundur policjanta-Hindusa, głowę obwiązałem chustką z Madrasu, która miała mi zastąpić hełm.

Towarzyszyli mi dwaj detektywi, przy czym jeden był przebrany za hinduskiego kupca i miał twarz pomalowana na ciemny kolor, by wyglądać jak Hindus. Przez boczną ścieżkę przedostaliśmy się do sąsiedniego sklepu i przeciskając się pomiędzy wypełnionymi workami poukładanymi w magazynie wydostaliśmy się furtką wiodącą do sklepu i torując sobie drogę poprzez zgromadzony przed nim tłum dotarliśmy aż do powozu, który czekał na mnie u wylotu ulicy. Odjechaliśmy tym powozem do tego samego budynku policyjnego, gdzie na krótko przedtem mister Alexander radził mi się schronić. Tym razem przyjąłem jego zaproszenie, a policyjnym agentom dziękowałem za opiekę, którą mnie otoczyli.

W tym samym czasie, gdy ja się ratowałem ucieczką mister Alexander powstrzymywał tłum zabawiając go śpiewaniem piosenki:
„Powiesimy starego Gandhiego
Na kwaśnej jabłoni!”

Kiedy powiadomiono go, że szczęśliwie dotarłem do budynku policyjnego, mister Alexander oznajmił zgromadzonemu tłumowi, co następuje:

– A więc posłuchajcie! Wasza niedoszła ofiara umknęła pomyślnie przez sąsiadujący z domem sklep. Najlepiej zrobicie, jeżeli pójdziecie teraz wszyscy do domu!

Jedni śmiali się, drudzy złościli, a jeszcze inni nie chcieli uwierzyć w to, co usłyszeli.

– W takim razie – powiedział do nich naczelny komendant policji – jeżeli mi nie wierzycie, wybierzcie dwóch delegatów, którym pozwolę wejść do domu. Jeżeli znajdą Gandhiego, wydam go wam, a jeżeli go tam nie ma, musicie się rozejść. Jestem pewien, że nie macie zamiaru zdemolować domu mister Rustomji, ani nie wyrządzicie krzywdy żonie i dzieciom Gandhiego!

Tłum wysłał swoich delegatów, aby przeszukali dom. Wrócili wkrótce z niepomyślna wiadomością, tłum w końcu rozproszył się podziwiając spryt naczelnego komendanta, z jakim potrafił opanować całą sytuację. Tylko nieliczni awanturowali się i złorzeczyli.

Nieżyjący już lord Chamberlain, który w owych czasach był ministrem brytyjskim do spraw kolonii nadesłał depeszę do rządu Natalu domagając się pociągnięcia do odpowiedzialności sądowej moich prześladowców. Mister Escombe wezwał mnie do siebie, wyraził ubolewanie z powodu obrażeń, jakich doznałem i przy tej sposobności powiedział mi:

– Niech mi pan wierzy, że najmniejsze obrażenie, na jakie był pan narażony sprawia mi ogromną przykrość. Miał pan prawo pójść za radą mister Laughtona i stawić czoło niebezpieczeństwu, jestem jednak przekonany, że gdyby pan raczej posłuchał mojej rady, wszystkie te nad wyraz przykre wydarzenia nie miałyby miejsca. Jeżeli potrafi pan ustalić napastników gotów jestem ich aresztować i pociągnąć do odpowiedzialności. Mister Chamberlain również życzy sobie abym tak postąpił.

Oto, co odpowiedziałem na te słowa:

– Nie mam zamiaru pociągać kogokolwiek do odpowiedzialności. Możliwe, że potrafiłbym rozpoznać jednego czy dwóch spośród nich, ale jaki będzie pożytek z tego, że zostaną ukarani? Poza tym winą ponoszą nie tylko moi napastnicy. Wmówiono im, jakobym miał wysunąć nieuzasadnione zarzuty przeciwko „białym” mieszkającym w Natalu i oszkalował ich. Jeżeli uwierzyli w to, nic dziwnego, że byli doprowadzeni do wściekłości. Wina spada na przywódców i – pozwoli pan, że to panu oświadczę – na pana również. Mógł pan przecież właściwie usposobić opinię publiczną, ale pan także zawierzył Reuterowi i zapewniał, że prawdopodobnie pozwoliłem sobie na przesadne słowa. Nie mam zamiaru sadzać kogokolwiek na ławie oskarżonych. Jestem przekonany, że kiedy ci ludzie dowiedzą się prawdy, sami pożałują tego, co zrobili.

– Czy nie zechciałby pan złożyć tego oświadczenia na piśmie? – zapytał mnie mister Escombe. – Muszę dać telegraficzną odpowiedź ministrowi w tej sprawie. Nie chciałbym, aby pan składał jakiekolwiek oświadczenia w pośpiechu. Jeżeli pan sobie życzy, może pan przed udzieleniem ostatecznej odpowiedzi zasięgnąć rady mister Laughtona oraz innych pańskich przyjaciół. Musze jednak stwierdzić, że rezygnując z przysługującego panu prawa pociągnięcia winnych do odpowiedzialności, ułatwia mi pan w dużym stopniu zadanie przywrócenia spokoju, zyskując jednocześnie bardzo wiele w oczach opinii publicznej.

– Dziękuję panu. Nie mam potrzeby zasięgania niczyjej rady. Powziąłem decyzję, zanim przyszedłem tutaj. W moim przekonaniu nie powinienem pociągać do odpowiedzialności napastników.

Następnie złożyłem mu odpowiednie oświadczenie.

Esencję tego poglądu, który pozwalał zachować spadkobiercom Bharat tą niezwykłą niezłomną i odważną postawę wyrażają słowa starożytnej sanskryckiej Nirvana Shatakam śpiewanej przez uczniów jednego z żyjących obecnie autorytetów duchowych – film poniżej.

Nirvana Shatakam with Sadhguru

Artykuły powiązane

Zostaw komentarz

Войти с помощью: