Krasnoludkowa epopeja na dwóch krańcach Polski
Czy to bajka, czy nie bajka, Myślcie sobie, jak tam chcecie.
A ja przecież wam powiadam: Krasnoludki są na świecie!
Maria Konopnicka
„O krasnoludkach i sierotce Marysi”
Szkoła moich dzieci nosi imię Marii Konopnickiej, podobnie jak wiele innych szkół i obiektów w regionie, a to dlatego, że Pani Maria pochodziła właśnie z naszych pojezierzy.
Pani Maria – autorka świetnych i wciąż aktualnych utworów dla dzieci – urodziła się i mieszkała w Suwałkach, czyli na samym końcu polskiego świata…
Najbardziej znana jest jako autorka historii „O krasnoludkach i sierotce Marysi”. To w tej książce pojawiło się piętnastu malców pod wodzą Błystka.
„Wszelkie skarby biorą się w ziemi z tego, co opuści i poniecha człowiek. Odrobiny nie spożytego czasu mienią się w szafiry; odrobiny nie spożytego chleba — w perły najjaśniejsze; odrobiny siły — co się nie obróciła na dobre ni sobie, ni komu, w szczere idą złoto. Gdyby człowiek okruszyn takich nie upuszczał i nie poniechiwał, skarby te byłyby jego. A tak idą w ziemię i my tam ich strzeżem” – snuje król Błystek we wzmiankowanej opowieści.
Pominiemy teraz główną bohaterkę Marysię, natomiast krasnoludki przybyły za Panią Marią do Suwałk niespełna dziesięć lat temu. W ośmiu miejscach miasta znajduje się dziesięciu z nich. Pięciu malców z epopei o Marysi – Biedronka Kozubka, Purchawki, Słomiaczka, Groszyka oraz Krężołka – suwalski projekt jeszcze nie odwzorował.
Brygada dziesięciu pojawiła się w różnych strategicznych punktach Suwałk za sprawą ich twórcy, Piotra Makały i zgodnie z koncepcją rysownika oryginalnych wydań „Marysi”, Jana Marcina Szancera.
Akcja poszukiwawcza Krasnoludki w Suwałkach
» Początek wakacji: poszukiwanie krasnoludków w Suwałkach
Z krasnoludkami znam się od dawna, ponieważ pochodzę z Wrocławia.
Może jest północno-wschodni kraniec Polski wraz z Suwałkami ojczyzną Pani Marii i jej krasnoludków, ale największa populacja krasnali to jednak Wrocław.
To tutaj w latach osiemdziesiątych – gdy zakres obywatelskich wolności określany był przez działania tzw. służb bezpieczeństwa, a dopuszczalne wypowiedzi i opinie zakreślane były odgórnie – powstał ruch Pomarańczowej Alternatywy z niejakim Majorem na czele, której celem było kontrowanie państwowego monopolu na prawdę poprzez organizowanie happeningów.
Happeningi były w kontraście do nudnego programu kulturalnego bardziej atrakcyjną i oryginalną ofertą artystyczną. Zarówno happeningi Pomarańczowej Alternatywy jak i ściśle polityczne manifestacje były rozpędzane i tłumione przez ZOMO, co również stanowiło istotny element tej rozrywki. Znudzeni smutną codziennością obywatele chętnie angażowali się w te wydarzenia, co nieuchronnie kończyło się zabawą w pościg i ucieczkę.
Oczywiście, nie dla każdego zabawa ta była do końca wesoła… Jak wyglądał ciąg dalszy dla tych, co za wolno biegali albo za wysoko podnosili głowę wielu z nas wie z zupełnie innych opowieści.
Samo założenie sensu działalności Pomarańczowej Alternatywy, jakie obywatel Major sformułował w swoim „Manifeście surrealizmu socjalistycznego” nawołuje do tego, by kochać polityków. Major głosi w nim, że cały świat jest dziełem sztuki i nawet pojedynczy milicjant na ulicy jest też dziełem sztuki.
W trudnej i częstokroć przerażającej rzeczywistości tamtego okresu surrealistyczne komentarze Majora i spółki do całej pompatycznej otoczki obchodów rozmaitych świąt, pustych półek sklepowych, obowiązku donosicielstwa stanowiły wesołą słoneczną plamę na chmurnym nieboskłonie.
Krasnoludek pojawił się jako rozwiązanie trudnej sytuacji w niepoprawnie optymistycznej wizji Majora.
Początkowo chodziło o to, by na plamach powstałych po zamalowaniu przez milicję antyrządowych haseł – lub znowu surrealistycznych haseł typu np. „Uwolnić Isaurę” – na murach umieścić takie treści, które nie dawałyby podstaw do ich zamalowywania, ale jednocześnie zaznaczyć: Jesteśmy!
Z czasem Major dorobił do idei krasnoludka „pomarańczowe” wytłumaczenie – „Tezą jest napis, antytezą – plama, syntezą – krasnoludek. Ilość przeradza się w jakość. Im więcej krasnoludków, tym lepiej”.
Potem krasnoludkami stali się także i uczestnicy happeningów. Milicja miała wiele roboty z krasnoludkami, ponieważ inicjatywy te cieszyły się wśród obywateli coraz większą popularnością. W taki sposób Major dalej pisał swą wielką krasnoludkową historię, w której straszni zomowcy stawali się elementem wszechobecnej zabawy.
„Milicjantom udało się trafić do bajek nie tylko dla dzieci, ale też dla krasnoludków. Dotychczas takiej bajkowej furory nikt nie osiągnął, nawet sławny kot Dżinks. Po raz pierwszy krasnale i ludzie mogli skonfrontować swoje bajki na żywo.”
„Wrocław lasem krasnali! Krasnale i smerfy – wielkie spotkanie!” – brzmiało kolejne zaproszenie do zabawy z milicjantami.
Gdy dorastałam do momentu, w którym mogłam aktywnie w tych zabawach brać udział, ówczesny ustrój miał się już ku końcowi.
„Ten krasnoludek jest jedynym ocalałym świadectwem pomysłowości i odwagi Pomarańczowej Alternatywy oraz dowodem na to, iż bez względu na epokę, dowcip i uśmiech mogą pokonać smutną rzeczywistość” – podsumowuje Major po ustaniu problemów z zagrożeniem ze strony ZOMO.
I chociaż teraz, po latach znudzony bezczynnością wódz – zwany wówczas także Komendantem Twierdzy Wrocław – zajmuje się sądowymi przepychankami z Urzędem Miasta o prawo własności do idei krasnali, które zalały miasto po politycznej zmianie, to na pewno jego niezłomne poczucie humoru w tamtej rzeczywistości zasługuje na pomnik nie mniej, niż Pani Maria K. z drugiego końca Polski.
Po wniknięciu w kwestię autorstwa samych sylwetek krasnali okazało się, że twórcą wielu z nich jest ten sam gość – wrocławski artysta Piotr Makała. Jakże wspaniale rozlazły się krasnale po kraju łącząc dwa krańce Polski!
O ile suwalskie krasnale strzegły skarbów ziemi, o tyle wrocławskie krasnale pilnowały raczej skarbów ludzkiej moralności i tzw. sumienia.
Niniejszym – napotykając ów szlachetny i bohaterski lud na zimnych suwalskich kresach, daleko od ojczystego Wrocławia – rozniecam nadzieję, że jednak… istnieje! A ich działalność może w cudowny jakiś sposób uratować naszą obecną sytuację.
Dziś, w dobie cyfrowej epoki – gdy informacje i idee nie są już malowane na murach, ale zamieszczane w socsieciach w ilościach wielokrotnie większych, niż wtedy – nie są już potrzebne służby milicji z pędzlami by zamalowywać politycznie niewłaściwe napisy.
Teraz nastał czas tzw. „niezależnych weryfikatorów”. To oni pilnują właściwych postaw i głoszą nauki tzw. umiejętności odróżniania prawdy od fałszu.
Niniejszym złożyłam do wrocławskiej Bazy Krasnali zapotrzebowanie na kolejnego i nadałam mu imię NiezaWer od jego ważnej społecznie funkcji Niezależnego Weryfikatora.
NiezaWer jest młody, błyskotliwy i sugestywny. Powinien być ubrany w koszulę z kołnierzykiem oraz identyfikator jak klasyczny coucher. Niech w ręce trzyma tablicę informującą o obowiązującym punkcie widzenia z wygrawerowanym symbolicznym „FAKE NEWS”. Powinien zostać ustawiony przy wejściu do wrocławskiej siedziby google, gdyż siedzący tam już od jakiegoś czasu niejaki krasnal Googlak – czy jak mu tam było – nie daje sobie chyba rady.
Elementy historii Pomarańczowej Alternatywy poznałam dzięki znamienitej pracy dr Małgorzaty Skotnickiej-Palka p.t. „My jesteśmy krasnoludki”.
Chcecie więcej bajek z przekornym morałem, proszę bardzo 🙂







