Rybka w porze monsunu w Tamil Nadu

Rybka w porze monsunu w Tamil Nadu

i nieco refleksji nad zmianą hierarchii wartości po półrocznym mieszkaniu w Indii…

 

17 listopad 2015, wtorek

Normalny listopad, jak u nas. Tylko kiedy słońce wyjdzie, robi się ciepło, a nawet upalnie. A tak leje nawet cały dzień i całą noc…

Kiedy wychodzi słoneczko wszystkie Tamilki a także ja rzucają się do prania i gwałtem rozkładają mokre ciuchy na dachu domu… A tak to praca rano, obiad zrobić w domu – albo ryba albo po wegetariańsku, bo kurczak u nas teraz raz na miesiąc…. faszerują je tutaj hormonami, tak samo jak u nas. Na foto taki duży karpik, prawdopodobnie niestety nie morski a z ujścia rzeki.

Po rybki i owoce morza najlepiej w Auroville jeździć na większy market rybny – do Bommayapalayam albo Kottakuppam, wzdłuż głównej ulicy wybrzeża – oczywiście rano, między siódmą a dziewiątą. Później market jest pusty i dopiero o piątej po południu co nieco czasem się pojawia. Najsmaczniejsze dla nas są duże krewetki – pomijając oczywiście maluchy zepsute polską kuchnią. Jedynie Anka z naszych  dzieci potrafi docenić ten smak i zjada na raz kilkanaście sztuk czasami!

Rybkę Tamilowie albo smażą panierowaną wcześniej na ostro, albo robią fisch soup. Ku mojemu zaskoczeniu głowa ryby idzie dla kota… no przynajmniej tam gdzie mieszkamy w tej chwili… może dlatego, że w Aurovillu mieszkają ludzie o już ustalonym statusie społecznym, którym wyżywienie kota również leży na sercu, jak i własnych dzieci… co nie jest w Indii często spotykane.  Ja bym jednak zrobiła zupkę z głowy i kręgosłupa, wszak tam mieści się najsmaczniejsze mięso u większości gatunków.

Miałam przepiękny sen – wybrałam się z koleżanką na sezonowy zbiór owoców w Indii. Zbiór winogron miał odbywać się balonem, ze względu na specyficzną technikę uprawy. Przesiadłam się na balon, a to było tylko takie krzesełko pod balonem. Zapinane jedynie sznurkiem z przodu, który zapomniałam w ogóle zapiąć. Było takie wrażenie bezpieczeństwa, jak przy locie na lotni na Goa! Super!

I balonik delikatnie przesuwał się wzdłuż upraw sterowany moimi rękami, można się było złapać czegoś, nie poleciał wyżej, bo wybalansowany był…. taka technologia przyszłości może.

Tylko koleżanka mi gdzieś znikła… Pani od upraw powiedziała, że poszła na ogórki, bo są dużo lepiej płatne. O jak dobrze, że nie poszłam na ogórki, siedzieć przy ziemi…

– Chce pani na ogórki – zapytała pani od upraw.

– Nie, – odpowiedziałam – ja wolę EXPIRIENCE.

Podsumowując stwierdzam, że to wpływ Aurovilla i naszych indyjskich podróży z rodziną. Jeszcze pół roku temu przeliczyłabym w myśli koszyki ogórków na kasę i zaplanowała wydatki, a teraz przedłożyłam sobie doświadczenie błogości i unoszenia się…. 

Inny „sen” o lataniu to nie sen, a doświadczenie z Goa – na czymś w rodzaju lotni, która nas łagodnie podrywała w górę. Przeżyłyśmy to z Mają, było bosko, chociaż w drodze powrotnej Majkę wrzucili do wody, ale wrażenie wspaniałe.   Nie tak drastyczne jak skok bungie.

Artykuły powiązane

Zostaw komentarz

Войти с помощью: