Spotkanie z XVII Karmapą

Spotkanie z XVII Karmapą

Punkt o drugiej zebraliśmy się i pomaleńku pomaszerowaliśmy do biura rezerwacji zatwierdzić nasze spotkanie.

Miła Tybetanka, która poprzedniego dnia karmiła Ankę czekoladą była zaskoczona moją wizytą z dwójką innych blond dzieciaków. W odpowiedzi na jej pytanie o ulubienicę wskazałam wchodzącą dopiero do biura głowę rodziny wraz z najmłodszą. Dwie sekundy zawieszenia z otwartą buzią po usłyszeniu liczby dziewczynek, które mamy w rodzinie to coś, co moje ego wciąż cieszy niesamowicie…

Powiedziałam tylko nasz trzycyfrowy numer rezerwacji i dostaliśmy żółty bilecik potwierdzający dzisiejszy termin. Ponieważ była jeszcze godzinka, chcieliśmy coś zjeść. Po drodze do restauracji odwiedziliśmy ogromną gompę, którą z Anką widzieliśmy poprzedniego dnia. No i już było za późno na jedzenie. Godzina trzecia staliśmy po północnej stronie głównej gompy, gdzie prowadziły schody na piętro. W końcu zawołali nas i zwycięskim krokiem poprowadziłam rodzinę na spotkanie do Jego Świątobliwości. Zabrali nam telefony i aparat fotograficzny po czym weszliśmy po schodach na piętro do wielkiej poczekalni z krzesełkami.

Czekaliśmy i czekaliśmy… rosyjskojęzyczne koleżanki z Kałmykii niosły Karmapie w podarku całkiem znajomo wyglądające faworki. W końcu nadeszła i nasza kolej. Stanęliśmy na szczycie schodów, które prowadziły z naszej poczekalni do sali audiencyjnej za zasłonką. Guru udzielał audiencji i schronienia właśnie dużej grupie Europejczyków. Za nami w kolejce stała inna, nie mniejsza grupka ludzi… myśleliśmy że to nasza grupka spotkaniowa…. Jakąż było niespodzianką i zaskoczeniem dla nas stanąć niemal sam na sam z Karmapą. “No i co my tu mamy… jakieś niegrzeczne dzieciaki”. Popatrzył upartej Katii w oczy podnosząc jej bródkę, potem wręczył nam koperty ze zdjęciem tanki z linią lamów. “Picture” – zarządził mnich kierujący spotkaniami. Ustawiliśmy się do fotki… ja oczywiście nie mogłam zatrzymać śmiechu…

Po spotkaniu z Karmapą objedliśmy się nieprzyzwoicie w tybetańskiej restauracji. Potem poszliśmy tam, gdzie nas najbardziej ciągnęło przez cały ten czas – do wielkiego namiotu za monasterem, z którego dobiegał odgłos tybetańskich trąb, bębnów i talerzy. Muzyka, którą robią mnisi do pudży jest niesamowicie magnetyczna – siła dźwięku trąb i głęboko niskie głosy śpiewających mnichów powodują, że mogę siedzieć, siedzieć i słuchać. Dzieciaki oczywiście szalały dookoła i uwodziły coraz większa liczbę Tybetańczyków. Dostaliśmy niesłodką tybetańską herbatkę mleczną, która była bardzo odżywcza i pobudzająca. Namiot opuściliśmy późnym wieczorem, gdy maluchy już zdążyły zamarznąć, bo mama nie zabrała bluz dla nich.

Do dnia 26 lutego odbywa się w Tergar Monastery w Bodhgai wielkie noworoczne ofiarowanie dla buddyjskich strażników Dharmy The Great Encampment Mahakala Puja. Jest ono częścią 34 Kagyu Monlam Chenmo prowadzonego przez Karmapę – H.H. Ogyen Trinley Dorje, wielkiego spotkania lamów i praktykujących jednej z wielkich szkół buddyzmu Mahajany.

Następnego dnia wstałam z myślą o tym, żeby skoczyć do monasteru po odbiór fotki, którą nam strzelono w towarzystwie Jego Świątobliwości. Oczywiście z zamiarem eksploracji miasteczka medytacyjnego i odwiedzenia namiotu.

Około 11 odprawiłam dzieciaki do piaskownicy i skierowałam się do świątyni. Wszędzie właśnie była przerwa i tylko biuro rezerwacji szykowało się dopiero do lunchu. Tam dowiedziałam się gdzie odebrać fotkę. Niestety tam też było zamknięte. Poszłam do głównej gompy, która mieściła się bezpośrednio pod salą gdzie Karmapa udzielał audiencji, by delektować się atmosferą i przestrzenią obiektu oraz chłodem który tam panował. Wydawało mi się ze jest tam tak niesamowicie przyjemnie i nawet nie ma komarów… jednak po 40 min. odpoczynku od huku świata w końcu usłyszałam cichutkie podstępne bzyczenie, jakie wydają ciapkowate moskity, które mieszkają w Indii.

Wróciłam do domu – czyli naszego hoteliku za jeziorkiem.  Tu można dowiedzieć się więcej na temat naszego Tara Guest House.    Tam okazało się, że moje dzieci wraz z tatą poszły szukać mamy i zabawiły nieco w tych poszukiwaniach. Kiedy w końcu wrócili, ja poszłam ponownie po fotkę i – zgodnie z relacją rodziny – właśnie grali i tańczyli w namiocie. Mnisi w swoich zwyczajowych ciemnoczerwonych strojach odprawiali taniec dla Strażników Dharmy. Ponieważ fotka nasza wciąż była niedostępna, poszłam znowu delektować się pudżą. W tym czasie Jego Świątobliwość odwiedził namiot i pilnowany przez bodyguardów popatrzył na zebranych z jednej ambony, potem z drugiej ambony. Uderzenie bębna padało co trzy cztery sekundy, a więc bardzo wolno, przerywane czasem sekwencjami pudży śpiewanej tubalnie nisko… trwało to wszystko dobre kilka godzin.

Artykuły powiązane

Zostaw komentarz

Войти с помощью: