Gorakhpur: północny węzeł komunikacyjny

Gorakhpur: północny węzeł komunikacyjny

Gorakhpur jest wstrętnym miastem, w którym karaluchy i szczury mają się równie dobrze jak jego mieszkańcy.

Oczywiście poznałam właściwie tylko region dworca kolejowego i pobliskich hotelików. Na pewno i tu jest gdzieś lepszy świat. Miasteczko ma swój uniwersytet, obserwatorium astronomiczne, trochę ładnej architektury islamskiej, liczne – czasem bardzo ładne – hinduskie świątynie. Jeżeli wsiąść w rikszę i wyjechać poza ten przydworcowy biznes, można co nieco zwiedzić. Właściwie każde miasto – także i zachodnie – ma przecież swoje ciemne strony, nieogarnięte śmietniska pełne szczurów i brudnych ludzi, szczególnie w regionach kolei. Proszę o wybaczenie mi mojej niesprawiedliwej oceny.

Moje niemiłe pierwsze wrażenie rekompensował fakt, że… bardzo wielu ludzi chodziło ubranych na pomarańczowo… właściwie – pomarańczowe miasteczko! Fakt ten wydawał się na tyle intrygujący, że zdecydowałam zrobić rozeznanie w tej kwestii. I okazało się, że pomarańczowi to świętujący Balbam – hinduskie święto Sivy i Sankara. Balbam świętuje się w całej Indii, z tej okazji wyznawcy Hindu wędrują tu i tam w swoich pomarańczowych szatach zaopatrzeni w specyficzne instrumenty muzyczne – dźwięczne grzechotki na długim kiju w stylu tej, którą wymachuje Hanuman. Spotkałam też tam dwóch bardzo szczególnych pielgrzymów zmierzających do świątyni, wyglądających na pierwszy rzut oka na sadhu, świętych mężów hinduskich – panów o pogodnym obliczu, szczupłych (mało jedzą), w sandałach, z wąsami i brodami. Od tychże odróżniał ich jednak ubiór – odziani byli oni w granatowe szaty – zamiast pomarańczowych, jak sadhu i jak wszyscy wyznawcy tutaj w tym czasie – oraz mieli przypasane miecze! Ach, czemóż nie miałam ze sobą żadnego telefonu ani aparatu!

Wybraliśmy się w Gorakhpur na popołudniowy spacer i niewielkie zakupy przed podróżą. Pomiędzy przydrożnymi napitkami z wózka – sokiem z trzciny cukrowej i herbatkami – skosztowałam nareszcie tak długo przeze mnie wyczekiwanej sałatki oryginalnie indyjskiej… na ile oryginalnie ona jest indyjska może napiszę później, faktem jest że nie była ona europejska ani amerykańska. W skład wchodziły głównie kiełki surowego chana – czyli po polsku ciecierzycy – zainteresowanych ta sałatką odsyłam do przepisu tutaj.   Ankuri Chana – taką nosiła nazwę owa potrawa i bardzo mi zasmakowała jako odmiana po wielomiesięcznej diecie na kurczakach z ryżem. Potem miałam jeszcze wspaniałą możliwość konsumpcji Ankuri Chana w pociągu wybierając spośród szerokiej oferty kateringowej krążących w pociągu sprzedawców.

Nieoczekiwanie znaleźliśmy duży dom handlowy ze sporym wyborem ciuchów w niskich cenach. Wracając zakupiliśmy też spore ilości jabłek i gova, które tak lubią nasze maluchy, dzięki czemu one tez miały odmianę od drobiowo-ryżowej diety.

Artykuły powiązane

Zostaw komentarz

Войти с помощью: