Kathmandu – Sunauli: do granicy z Indiami

Kathmandu – Sunauli: do granicy z Indiami

Aby dotrzeć do granicy musieliśmy zakupić bilet autobusowy do Sunauli, nasz budżet nie pozwalał na lot liniami lotniczymi.

Ponieważ po ostatecznym uzyskaniu wiz indyjskich takich, jak chcieliśmy zostało nam bardzo niewiele czasu na przekroczenie granicy – właściwie na styk – do końca ważności wizy nepalskiej, zdecydowaliśmy jechać wieczorem zaraz po odebraniu paszportów z wizowymi wklejkami. Niektórzy pośrednicy travel toursów twierdzili, że w ogóle nie jest dostępny bilet na nocny autobus do Sunauli, gdyż droga do granicy jest w nocy zamknięta na odcinku trzydziestu ileś km z powodu dużej ilości wypadków. Ostatecznie jednak rekomendowano nam wybrać się na Gongabu – czyli inaczej New Bus Park – leżący na północno-zachodnim obrzeżu miasta. Dzień przed planowanym wyjazdem z Kathmandu poszliśmy więc całą brygadą na rozpoznawczy spacer do Gongabu.

Na Gongabu ominęliśmy sprytnie naganiaczy zapraszających nas na autobus do Pokhary i Sunauli i skierowaliśmy się bezpośrednio do okienka. Tam bez trudności zakupiliśmy autobusowy bilet nocny do Sunauli (czyli Belahiya). Ku mojemu zaskoczeniu nie kosztował on 700 ani 800, jak dotychczas kupowane przez nas bilety na linii Kathmandu – Sunauli. Zapłaciłam 500 NRS za jedno miejsce. Zaskoczenie moje nie miało racji bytu – zapomniałam, że biura podróży gdzie je wcześniej kupowaliśmy to przecież pośrednicy, a okienko na Gongabu to bezpośredni usługodawca. Odjazd następnego dnia o godzinie 8 wieczór, 7.30 meldowanie pasażerów.

Jak napisałam już wcześniej – o naszych wizowych perypetiach przeczytaj tu – nasze wizy załatwiliśmy pomyślnie w poniedziałek i od razu skierowaliśmy się maszerując pomaleńku z plecakami, z przystankami na piwo i colę na Gongabu, znajdujący się całkiem niedaleko od Indian Visa Service Center. Droga do północnej części miasta gdzie znajduje się Gongabu zaczyna się wąską uliczką wzdłuż czerwonego muru, zaraz za Visa Center.

Gdy nadeszła prawie już 7.30 pokazałam w okienku nasz bilet i jeden gość z obsługi poleciał z nim do innego okienka, gdzie dyspozytor wpisał tam numer autobusu, który nas do granicy zawiezie. Zapakowaliśmy maluchy i plecaki w ów autobus, naciskając, by tych drugich nie wrzucono na dach autobusu, ale do bagażnika i spokojnie oczekiwaliśmy odjazdu.

Odjazd był punktualnie, planowy przyjazd miał być o 6. Według uzyskanych informacji Nepal Immigration Office jest otwierany o 5, tak że mogliśmy od razu przekroczyć granicę.

W czasie podróży poszła dętka w lewym tylnym kole i o godzinie drugiej w nocy ją klejono i zakładano. Potem jeszcze w kolejnym postojowym miejscu przerwa w jeździe nieco wydłużyła się – może rzeczywiście droga była zamknięta, a może kierowca zdecydował się nie jechać ze swą słabą dętką po ciemku po dziurach błotnych, jakie utworzyły monsunowe strugi deszczu. Z nastaniem świtu autobus ruszył. O szóstej wciąż więc nie byliśmy jeszcze w Belahiya.

Około siódmej ta sama dętka poszła znowu. Autobus zatrzymał się, obsługa poszła obejrzeć kółko po czym wróciwszy poklepali kierowcę po ramieniu i pojechaliśmy dalej. Około pół godziny później zatrzymaliśmy się przy wulkanizacji, gdzie obsługa oddała do klejenia inną dziurawą dętkę objaśniając nam – niecierpliwym podróżnym – że sobie ją odbierze w drodze powrotnej.

Jednak około dziewiątej robiąc kolejny postój na siku i śniadanie pobliska wulkanizacja zajęła się naszym kółkiem i jego klejeniem przy akompaniamencie gromady Hindusów. Moje małyszki zaś zajęły się zaznajamianiem z małą, ale śmiałą hinduską córką właściciela sklepiku, która właśnie była w posiadaniu fascynującej zabawki zrobionej przez tatę – kamienia obwiązanego sznurkiem.

W końcu ruszyliśmy dalej i – według informacji – planowo mieliśmy dotrzeć do Belahiya o 11. Rzeczywiście nie zatrzymywaliśmy się już więcej, za wyjątkiem obiektu, który prawdopodobnie był urzędem pocztowym – obsługa autobusu podrzuciła do niego kilkanaście pakunków wyglądających na worki listowe.
Zanim dotarliśmy do granicy objechaliśmy jeszcze jakieś miasteczka i po kolei ktoś gdzieś wysiadał… za każdym razem myślałam, ze to już.. już … na pewno Belahiya… ale nie. Ostatecznie dotarliśmy około 11.30 na miejsce.

Różnica temperatur pomiędzy Kathmandu a granicą Nepalu z Indiami była drastyczna – upał uderzył nas ze zdwojoną siłą. A to dopiero początek – napomknął mój mąż. Od razu wciągnęliśmy maluchom krótkie spodenki.

Belahiya – jak chyba wszystkie punkty graniczne – to wielkie pole bez ulic z rozbudowaną infrastrukturą obsługującą ruch na granicy. Belahiya jest o tyle szczególna jednak, że cała ta infrastruktura jest utworzona po nepalsku – z desek, cegłówek i blachy falistej. Pośród budek z herbatkami, pani puri i straganów sprzedaży odzieży nie widać ani jednego drzewka. Oferta hotelowa znajduje się w kilku murowanych domkach, z czego wszystkie opcje są współzamieszkane przez karaluchy. Swego czasu nieco wcześniej zostaliśmy na dwa dni w tej miłej miejscowości i mieliśmy możliwość zaobserwować życie miasteczka.

Od razu poszliśmy tym razem do Nepal Imigration Office, zrzuciliśmy tam nasze plecaki i – jako że interesantów właśnie było wielu – wróciliśmy na nepalską stronę zjeść ostatnie momo i wydać ostatnie nepalskie rupie.

Potem wypełniliśmy nasze formularze, odmeldowaliśmy się z Nepalu i poszliśmy do przejścia. A tam nowinka – ściągamy plecaki i oddajemy do przeglądu – wcześniej nam się to jeszcze nie zdarzyło w tym miejscu. Obsługa nie wyglądała na zachwyconą swoją funkcją i robiła wszystko pobieżnie, co nie zmieniło faktu, że nasz starannie poupychany dobytek musieliśmy na nowo komponować co gdzie i komu wsadzić. Obmacano nas za to dokładnie.

W końcu poszliśmy wreszcie dalej i zaraz za bramkami indyjskiego obmacywania świat zmienił się. Oferta owoców, herbatek, koszulek była równo uszeregowana wzdłuż pobudowanych domów, zapachniało Indiami.

Zameldowaliśmy się w Indian Imigration Office, gdzie wszedłszy ponownie doznaliśmy temperaturowego szoku. Po około dwóch godzinach spędzonych w przygranicznym upale weszliśmy do pomieszczenia, gdzie chodziło kilka wentylatorów… byłam przekonana, nie spojrzawszy w górę, że mają włączoną klimatyzację.

Z pieczątkami w paszportach cofnęliśmy się dwadzieścia metrów, by wsiąść w autobus do Gorakhpur – najbliższego węzła komunikacyjnego. Bilet – 99 NRS za osobę. Odjeżdża – według danych z w Indian Imigration Office – co 15 minut. Do miasta było 90 km, co oznaczać miało trzy godziny podróży.

W rzeczywistości dojechaliśmy do Gorakhpur train station po około czterech, gdyż autobus objeżdżał po drodze chyba całe miasto.

Tu możesz przeczytać o moich wrażeniach z Gorakhpur.

Artykuły powiązane

Zostaw komentarz

Войти с помощью: