Siedemdziesiąt siedem słoni: o indyjskim weselu

Siedemdziesiąt siedem słoni: o indyjskim weselu

Dla uzupełnienia mojego postu Ślub w tradycji hinduskiej załączam fragment książki Piotra Biedrzyckiego „Siedemdziesiąt siedem słoni”.  Prezentuje ona ciekawy obraz społeczności indyjskiej i kilka uzupełnień na temat indyjskich ślubów i wesel.

„…W piątkowy wieczór spotkałem się z Marguerite, w jednej z największych w Bombaju galerii handlowych. Wybór uroczystych ubrań był nieprzebrany. Sherwani we wszystkich możliwych modelach, rodzajach, kolorach i rozmiarach. Posłusznie poddałem się decyzji Margaret, dotyczącej wyboru kreacji, a moja obecność ograniczyła się jedynie do przymierzania kolejno ściąganych z wieszaków ubrań. Po trwających godzinę przymiarkach zapadła decyzja.

– W tym jest ci dobrze, kupujemy! – Zdecydowała za mnie i przeszliśmy do działu z damskimi strojami.

Obawiałem się, że ta część zakupów potrwa znacznie dłużej, ale okazało się, że Margaret miała bardzo sprecyzowane zakupowe plany. Widocznie już wcześniej tu była i upatrzyła dla siebie odświętne sari. Moje weselne sherwani wyglądało jak teatralny kostium. Bogato wyszywane srebrnymi nićmi, wykończone wszywkami i lamówkami i dopełnione eleganckim turbanem nadawało powagi i uroczystego wyglądu. Ja, w kremowym „garniturku”, a ona w różowym sari wyglądaliśmy jak para młoda, a nie jak weselni goście.

Po udanych zakupach pojechaliśmy, każde do siebie. Potrzebny był nam solidny wypoczynek przed następnym dniem, który zapowiadał się jako bardzo męczący. Długi dzień ślubnych uroczystości i długa weselna noc.

Większość małżeństw w Indiach to związki aranżowane. Żeby znaleźć odpowiedniego kandydata dla swojej córki rodzice dziewczyny korzystają z pomocy rodziny, znajomych, swatów i agencji matrymonialnych oraz – a może przede wszystkim – z astrologa. Jednym z najważniejszych warunków jest to, żeby kandydaci na małżonków pochodzili z tej samej kasty i posiadali zbliżony status materialny. Zawarcie małżeństwa z osobą z innej kasty jest bardzo źle widziane i powoduje spadek statusu takiej rodziny. Kiedy już się znajdzie odpowiedni kandydat, rodzice za pomocą astrologa sprawdzają horoskop, ponieważ dla przyszłego związku w gwiazdach zapisane jest powodzenie lub jego brak. Po wstępnych ustaleniach obu rodzin młodzi oglądają swoje fotografie i na tym etapie mogą odrzucić kandydatkę lub kandydata, a jeśli jest obustronna akceptacja, to dopiero wtedy może dojść do bezpośredniego spotkania wybranków.

Tradycyjna hinduska ceremonia zaślubin trwa zazwyczaj kilka dni. Codziennie odprawia się inne obrzędy i rytuały, a większa ich część odbywa się w domu panny młodej. Bramin czyta święte księgi i modli się, kobiety śpiewają, rodziny panny młodej i pana młodego poznają się wzajemnie i obdarowują się prezentami. Młodzi okrążają siedem razy święty ogień, co symbolizuje złożenie przysięgi małżeńskiej. Ostatni dzień ceremonii można porównać do polskiego wesela. Jest to bardzo huczna impreza, finansowana i organizowana przez rodzinę panny młodej.

Poza kosztami, ponoszonymi z tytułu samego przyjęcia, rodzina panny młodej zobowiązana jest zaspokoić żądania drugiej strony w kwestii posagu. Po zaślubinach młoda mężatka przeprowadza się do domu swojego męża i często się zdarza, że rodzice pana młodego przedstawiają długą listę sprzętów domowych, które mają się składać na posag: pralki, telewizory i inne urządzenia AGD, złota biżuteria, a nawet motocykl lub samochód. Zdarza się, że posagiem ma być pokaźna gotówka. Sprzęty te nie zawsze służą ich synowej, bowiem mają zaspokoić ich własne potrzeby. Na spełnienie takich warunków rodzina panny młodej zapożycza się, a kredyty wzięte na wielkie, kolorowe wesele spłacane są przez wiele, już mniej kolorowych lat.

Rytuał zaślubin znajomej tancerki Margaret i jej narzeczonego, Imrana Kapoora, odbył się w hinduskiej świątyni Mahalakshmi, w dzielnicy Vile Parle East. Na ołtarzu wyścielonym kolorowym dywanem i obsypanym płatkami kwiatów ustawiono tron, na którym siedział Imran Kapoor, czekając na swoją wybrankę. Bijal Bhaduri weszła na ołtarz od strony zaplecza świątyni. Imran wstał i nałożył Bijal naszyjnik ze świeżych kwiatów, a ona odwzajemniła się tym samym. Para stała zwrócona do siebie twarzami, a pomiędzy nimi rozwinięto białą koronkową zasłonę. Obrzędowi towarzyszyły śpiewy i modlitwy. Kiedy zrzucono zasłonę, goście bili brawo i sypali w kierunku młodej pary kolorowym ryżem.

W pewnej chwili bramin rozpalił ogień w metalowej miseczce, do której Bijal wsypała ziarna ryżu i włożyła odrobinę klarowanego masła ghi, składając w ten sposób tradycyjną ofiarę swojemu bogu lub bóstwu. Ojciec panny młodej podszedł do nich od tyłu i połączył ich prawe dłonie, przewiązując je specjalną szarfą. Rytuał ten nazywa się Hasta Milapt i symbolizuje oddanie przez ojca swojej córki jej przyszłemu mężowi, jednocześnie jest to połączenie dusz dwojga nowożeńców. Imran namalował swojej wybrance czerwoną kreskę na czole, na znak, że od tego momentu Bijal przechodzi pod jego opiekę.

Po tym rytuale młodzi wstali i dotykając swoich stóp złożyli sobie hołd i postawili symboliczne pierwsze siedem kroków wspólnej drogi życiowej. Po tych rytuałach młodzi rozstali się na czas przebrania się ze strojów służących tylko do zaślubin w kreacje weselne. Wynajęto do tego budynek obok świątyni.

Zmiana ubrań miała potrwać około godziny, więc z Margaret poszliśmy do pobliskiej kawiarenki, by napić się czegoś zimnego. Nie chcąc się spóźnić na dalszą ceremonię, siedzieliśmy w niej tylko kilka minut, a ponieważ upał był niemiłosierny i nie chciało nam się iść, więc złapaliśmy taksówkę. Czarno-żółtym „trzmielem” podjechaliśmy pod wejście do hotelu Sahara Star, w którym miało się odbyć wielkie hinduskie wesele.

Hotel znajdował się niedaleko świątyni Mahalakshmi, w pobliżu międzynarodowego lotniska Chhatrapati Shivaji Airport. Wewnętrzny dziedziniec hotelu miał rozmiary boiska sportowego, a swoim wystrojem przypominał park wodny. W palmowy zagajnik wpleciono liczne fontanny i wodne kaskady, pomiędzy którymi rozstawiono stoiska cateringowe zapraszające do konsumpcji przebogatego weselnego menu.

Wraz z tysięcznym tłumem gości, w oczekiwaniu na pojawienie się świeżo upieczonych małżonków, staliśmy przed wejściem na to wielkie patio. Margaret, ubrana jak maharani, wyglądała zjawiskowo, jakby się w tych ubraniach urodziła. Francuski kok spinała szpila zakończona oszlifowanym wielościanem kamienia rubinu, a na jej czole, w tym samym rubinowym kolorze lśniła dyskretna kropka bindi, z której kapała srebrna łezka, zamknięta w ogniwku niewoli piękna.

Bindi nazywane jest również tilaką. To namalowana lub przyklejona na czole kropka, noszona przez indyjskie kobiety dla ozdoby. Na Zachodzie mylnie uważa się, że kropka na czole oznacza mężatkę. Tak bywa, ale nie zawsze. Mężatkę oznacza sindur, czyli czerwony proszek, zdobiący przedziałek, a bindi, poza funkcją ozdobną, jest znakiem, że jego właścicielka znajduje się pod opieką mężczyzny. Zgodnie z tradycją kobieta przez całe swoje życie powinna mieć zapewnioną ochronę. Dotyczy to zarówno żon i córek, jak i sióstr, niekoniecznie zamężnych.

Stojąc dumnie przy boku mojej księżniczki, byłem przekonany, że występuję w roli ochroniarza, bo mimo odświętnego stroju przypominałem bardziej jego, niż księcia bollywoodzkiej gwiazdy.

Z oddali zaczęły dochodzić odgłosy bębnów, a wkrótce pojawił się barwny korowód, który kołysał się w rytm muzyki w wykonaniu wieloosobowej orkiestry. Orkiestrę stanowiło kilkunastu mężczyzn ubranych w teatralne czerwone mundury. Dęli w trąby, tuby i waltornie i walili w wielkie czynele, robiąc więcej rumoru niż muzyki, ale nikt nie zwracał uwagi na prawidłowość wykonania, muzyka mieszała się z owacjami i powitalnymi okrzykami korowodu, nad którym górował Imran Kapoor. Jak przystało na indyjskiego pana młodego, jechał wierzchem na białym koniu i wymachiwał błyszczącą szablą. Przy bramie, przyprowadzona przez swoich braci, pojawiła się Bijal Bhaduri. Była ubrana w czerwone sari, ozdobione dziesięcioma kilogramami połyskujących cekinów. Irman zeskoczył z klaczy i objął żonę. Oboje wyglądali jak wyjęci z Księgi tysiąca i jednej nocy.

W niebo wystrzelono setki sztucznych ogni, rozległy się głośne brawa, a z gardeł zgromadzonych gości wyrwał się głos podziwu. Wszystkie fajerwerki zostały odpalone i owacje ustały, ale nie ustał hałas. W uszy zaczął nas kłuć jakiś dziwny jazgot, przypominający cięcie metalu wysokoobrotową piłą. Dźwięk przerodził się w swego rodzaju przerywane jodłowanie, podobne do odgłosów, jakie w filmach o Dzikim Zachodzie wydają Indianie. Przy wejściowej bramie pojawiła się kilkudziesięcioosobowa grupa hijras. Mężczyźni wyglądający jak kobiety domagali się haraczu, w zamian za pobłogosławienie pary młodej i wzięcie na siebie wszystkich grzechów popełnionych przez zgromadzonych weselników.

Hijras to społeczna grupa w Indiach, która ukształtowała się już kilka tysięcy lat temu. To indyjska trzecia płeć. Na temat powstania tej grupy istnieje kilka przekazów, mających swoje źródła w indyjskich eposach: w Mahabharacie i Bhagawadgicie. Legendy te są do siebie podobne, mówią bowiem o tym, że nie tylko kobiety i mężczyźni stanowią społeczeństwo, ale właśnie hijras również.

Dziś hijras stanowią zamknięte grupy, którymi przewodzą „matki – guru”. Hijras utrzymują się z wyłudzania pieniędzy w zamian za „zdjęcie grzechów” z osób, którym błogosławią. Kasta ta specjalizuje się w błogosławieniu nowożeńców i niemowląt. Mają świetnie rozwinięty, niczym enerdowskie Stasi, system informacji. Wiedzą, gdzie i kiedy będą odbywały się duże zgromadzenia rodzinne. Większość służby bogatych domów – kierowcy, sprzątaczki, kucharze i ogrodnicy – mieszka w slumsach, a hijry opłacają ich w zamian za informacje, gdzie i kiedy odbędzie się duża impreza, parapetówka z okazji zamieszkania w nowym domu czy też bogate wesele. Znając miejsce mającej się odbyć imprezy, często jadą tysiące kilometrów.

Społeczeństwo indyjskie, nawet bardzo dobrze wykształceni ludzie, nie lekceważy ich i zazwyczaj, choć często niechętnie, obdarowuje pokaźnymi kwotami. Przekupieni rejestratorzy ze szpitalnych porodówek często sprzedają adresy noworodków, siatki lokalnych informatorów donoszą hijrom o miejscach porodów domowych, a zwiadowcy tajemnymi symbolami znaczą kredą dom i rezerwują obrzęd dla konkretnej grupy.

Najczęściej działają one z zaskoczenia, pojawiają się przed domem w kilkuosobowej grupie, zaczynają śpiewy i tańce przy akompaniamencie bębenka o nazwie dholak. Kulminacją takiego najścia jest błogosławieństwo dziecka czy nowożeńców. W przypadku klęski negocjacji finansowych hijry mogą przekląć dziecko i gości lub zepsuć świąteczną atmosferę, pokazując publicznie okaleczone przyrodzenie. Hijry uważają się za ludzi dziedzicznie złych, których i tak czekają wieczne męki w każdym wcieleniu reinkarnacyjnym, dlatego ochoczo zdejmują grzechy z innych i przyjmują je na siebie.

O tym weselu nie musiały dowiadywać się od informatorów. O tym weselu gazety pisały od kilku miesięcy. Guru grupy był dobrze poinformowany o możliwości zarobienia dużych pieniędzy za zrobienie zadymy. Nie było w Bombaju osoby, która nie wiedziałaby, kto jest panem młodym, a w zasadzie, kim jest jego ojciec – minister Maharasztry. Takie wesele to dla hijr był nie lada kąsek. Dla kilku tysięcy rupii były skłonne pod bramą Sahara Star Hotel dokonać nawet samokastracji.

Tumult, hałas i piski zbliżały się do punktu kulminacyjnego, niektóre hijry zaczęły podnosić do góry sari i pokazywać swoje „precjoza”, jeszcze krwawiące po zabiegu rzezania. Widok był obrzydliwy, a powodzenie wesela, mimo przepychu, zaczynało się chwiać jak kolos na glinianych nogach.

– Dźuta, zrób coś! – krzyknęła Marguerite. – Za chwilę te męskie suki wystraszą wszystkich i zepsują wesele mojej tancerki.
– Nie wiem, czy dam radę, przecież nie będą chciały ze mną rozmawiać, ale dobrze, spróbuję.

Podszedłem do jednej z hijr, zachowujących się najbardziej wyzywająco i głośno, chwyciłem ją mocno za ucho i ciągnąc za nie, odciągnąłem kilka metrów, jak najdalej od pozostałych, by można było się słyszeć. Starała się mnie kopnąć i uderzyć pięścią, ale bezskutecznie. Piszcząc jak zraniona łania, poddała się bólowi. Z jej oczu wyzierały strach i agresja. W obawie przed zaliczeniem ciosu, co prawda od kobiety, ale wyposażonej w pokaźny męski biceps, potraktowałem ją wyćwiczonym w polskiej podwórkowej młodości ciosem z łokcia w słoneczny splot. Nie spodziewała się ataku, straciła oddech i zamilkła. Próbowała złapać powietrze jak wyrzucona na brzeg ryba, ale nie czekałem na odwet, wykręciłem jej rękę i skutecznie ją uziemiłem, sprowadzając na kolana. Tak obezwładnionej pokazałem spięty gumką recepturką zwitek banknotów studolarowych. Widok ten przedłużył jej stan zapowietrzenia się, ale już przestała próbować mnie kopnąć i ugryźć. Ostrożnie wypuściłem z uchwytu jej rękę i do jej ucha trzymanego w imadle mojego uścisku powiedziałem:
– Myślę, że za błogosławieństwo to powinno wystarczyć.

– Jeśli tego jest tyle, ile mam nadzieję, że jest, to pobłogosławię was wszystkich i zabieram moje dzieci w dalszą podróż. Poszukamy kary za grzechy naszych przodków w innym miejscu.

– Jest tego… na tyle dużo, że możesz mnie jeszcze pocałować w tyłek, ale ty już masz kogo całować w dupę, więc zabierajcie się stąd! Ale już!

Zawyła jak dzika tygrysica, dając w ten sposób znak pozostałym, że ich „występ” się zakończył i przyniósł oczekiwany efekt. Nastąpiła cisza, po której wszystkie hijry zaczęły dotykać głów zgromadzonych gości, jakby zbierały z nich niewidzialny pyłek i wkładały go sobie do ust. Trwało to kilkanaście minut. Już w bardzo spokojnej atmosferze, przypominającej przekazywanie sobie znaku pokoju, pobłogosławiły tłum gości, po czym ponownie zawyły jak stado wilków i zniknęły w gąszczu pobliskiego parku.

– Jestem z ciebie dumna! – powiedziała Marguerite i wbrew purytańskim indyjskim zasadom publicznie obdarzyła mnie gorącym pocałunkiem, a tysiąc osób zaczęło bić brawo, jakby na niebie pojawiła się druga seria sztucznych ogni.

– Prosiłaś mnie, żebym coś zrobił, a wiesz, że twoja prośba jest dla mnie rozkazem. – Objąłem Margaretkę i przeszliśmy przez bramę zanurzeni w rzece roztańczonego tłumu weselników…”

Recenzję tej powieści możecie przeczytać tutaj: Piotr Biedrzycki: „Siedemdziesiąt siedem słoni”

Artykuły powiązane

Zostaw komentarz

Войти с помощью: