Podróż na wschód, Tamil Nadu  

Podróż na wschód, Tamil Nadu  

30 kwietnia 2015, czwartek

Nadszedł czas wyboru regionu Indii, w którym chcemy spędzić resztę naszej sześciomiesięcznej wizy… a może i więcej.

Wybór padł na Auroville, międzynarodowe miasto założone przez Matkę – The Mother – wraz ze Sri Aurobindo. Zastanawialiśmy się jakiś czas i uznaliśmy, że to może być coś dla nas. W każdym razie – warto spróbować, a przynajmniej zobaczyć.

Kupić bilet kolejowy z dnia na dzień w Indii to nie jest prosta rzecz… udało nam się dostać bilet do Bangalore. Nocna podróż w Sleeper Class. Bangalore zapamiętałam jako metropolię, w której na dachach siadają orły!  Takie jak były na Goa. Dokładnie nie wiem, ale wyczytałam, że to może być nasz polski bielik…. całymi stadami w Indii, w środku miasta 😉

O godzinie 3 po południu na jednym z kilku w Bangalore dworców autobusowych wsiedliśmy w autobus do Thiruvannamalai.

To było nasze pierwsze doświadczenie tak długo wyczekiwanych „prawdziwych Indii”… bo Goa to takie trochę Euroindie. Ta podróż to był nasz pierwszy „wesoły autobus” z indyjską muzyką na full, pędzący szosą ze śpiewającym klaksonem, oferta przysmaków za 10 rupii porcja na każdym postoju, a także małpki skaczące przy drodze. Przyjechaliśmy późnym wieczorem i po wysiadce szybciutko zajęli się nami rikszarze. Niezwłocznie zasiedliśmy przed telewizorem w hotelowym double deluxe, a mój mąż tradycyjnie wymknął się na polowanie na kurczaka.

Rankiem mój mąż przyniósł maluchom bułeczki, a mi opowieść o thiruvannamalajskiej społeczności, świętych mężach, z którymi pił poranną herbatkę… zostawiliśmy więc dzieciaki w towarzystwie Cartoon Network oraz śpiącej starszej siostry i wymknęliśmy się na eksplorowanie miasteczka.

Przed każdym domem ludzie malowali sobie obrazki przy pomocy tajemniczego białego proszku, a ja próbowałam zrozumieć zasadę za którą idzie treść danego obrazka… gdy zobaczyłam, że niemal każdy kolejny kolam ma najczęściej po prostu piękne kwiaty, przestałam doszukiwać się powiązań etniczno-religijnych. Potem jeszcze dowiedzieliśmy się, że góra u podnóża której leży Thiruvannamalai jest celem hinduskich pielgrzymek.

Tej świętości, spoczywania w spokoju czynności dnia powszedniego doświadczyliśmy tego poranka. Stary człowiek siedzący przed swym domkiem bez słowa kiwnął na nas ręką i namazał nam czole czerwone znaki błogosławieństwa. „Kto to, lama? Sadhu?…”- niecierpliwie dopytywałam się mojego wszystkowiedzącego męża. „To dziadek”- odpowiedział śmiejąc się… A więc naprawdę mieszkają tam święci mężowie…

Po południu wyruszyliśmy autobusem do Pondicherry. Kolejna podroż była trochę już bardziej męcząca. Kiedy dotarliśmy do celu i autobus przebijał się przez popołudniowe korki miasta, wszędzie widziałam kierujących ruchem policjantów w kwadratowych francuskich kaszkiecikach.

W końcu wysiedliśmy i zaczęło się poszukiwanie autobusu, który zawiezie nas do Auroville.  Nikt nie wiedział o co nam chodzi… a może nie umieliśmy jeszcze komunikować się z lokalsami. W końcu dwóch rikszarzy zdecydowało się zawieźć nas do celu. Teraz wiemy, że Auroville trochę jakby jest nieobecny na indyjskich mapach komunikacyjnych – leży na terytorium indyjskich wsi, o które trzeba pytać, kiedy chcesz dotrzeć do niego: Moratandi, Edayanchavadi, Kottakarai, Kuilapalayam, Irumbai.

Spośród kilku jednostek aurovilskich oferujących nam zakwaterowanie oraz podstawowe informacje niezbędne nam do rozeznania się tutaj wybór padł na Sadhana Forest.  Bez konsultacji z rodziną, na szybko, wybrałam to, co mnie osobiście najbardziej interesowało: ekologiczny eksperyment w środku lasu. „Mamo, naprawdę, dzisiaj zostaniemy tutaj?” – maluchy były w szoku, że możemy zamieszkać między drzewami w śmiesznym domku z drewna.

Już jesteśmy w Sadhana Forest trzy dni – bez kurczaka, bez kawy, bez normalnej toalety….

Mamy nareszcie za to leśną ciszę, ciekawe międzynarodowe towarzystwo, gimnastykę poranną oraz nocne towarzystwo komarów.

Artykuły powiązane

Zostaw komentarz

Войти с помощью: