Z Chennai do Kathmandu

Z Chennai do Kathmandu

Wizy dobiegały już końca i znów nadszedł czas by ruszyć w podróż.

Nasze plany ponownie pomknęły w kierunku ulubionego przez nas Nepalu.

Oczywiście spośród dostępnych pociągów wybór znowu padł na Rapti Sagar Express. Rapti Sagar zawijając do Chennai – gdzie możemy wsiąść ruszając z Auroville – zawiezie nas bezpośrednio do Gorakhpur, węzła komunikacyjnego tuż przy głównym przejściu granicznym pozwalającym turystom z zachodu przekroczyć granicę Indii i Nepalu.

Były i inne połączenia – szczególnie wiele do Delhi, skąd do granicy nepalskiej już niedaleko – jeden nawet jechał przez nasze pobliskie Puducherry, co pozwoliłoby nam uniknąć wizyty w wielkim Chennai. Jednak Chennai nie taki straszny, a z Gorakhpura do granicy już rzut beretem, wybór był więc jednoznaczny.

Trasę pociągiem odbyliśmy więc niemal w całości tą samą drogą, co sześć miesięcy wcześniej jadąc z Gorakhpur do Kerali – przez Chennai.

Tu przeczytaj jak kupowaliśmy bilet na pociag.

Autobus do Chennai

Aby dostać się z Auroville do Chennai nie musieliśmy jechać do Puducherry . Po prostu wsiedliśmy w autobus, których jeździ wiele wzdłuż nadbrzeżnej trasy Pondi – Chennai lecącej w pobliżu naszego domu.

Za całą naszą szóstkę (może za 3 maluchów policzył mniej) zapłaciliśmy w sumie 600 rs. Podróż trwała trzy godziny i była niespodziewanie przyjemniejsza od podróży zatłoczonym pociągiem podmiejskim, którą odbyliśmy miesiąc wcześniej. Wysiedliśmy w pobliżu stacji kolejki o nazwie Indira Nagar co na słuch – z ust miejscowych – brzmiało jak Chennai Indi.

W Chennai

Miasto połączone jest kolejką lecącą mniej więcej wzdłuż wybrzeża po nasypie, tak że w zasadzie widać okolicę. Aby dostać się do Chennai Central – skąd odjeżdża Rapti Sagar, a także wiele innych jadących na północ pociągów – należy wysiąść na stacji Chennai Park i przejść przejściem podziemnym. Wiecej na temat terminalu Chennai Central…

Tu znajdziesz więcej informacji o terminalu w Chennai.

 

Rapti Sagar powinien był przybyć do Chennai około 11 wieczorem. Miał jednak ośmiogodzinne opóźnienie, przespalismy więc spokojnie całą noc całkiem komfortowo rozkładając nasze koce na dworcu.

Rano o siódmej zjedliśmy śniadanie i wsiedliśmy w pociąg.

W Rapti Sagar

Przypisano nam dwa miejsca w wagonie S3 i jedno w S7. Siedliśmy więc w S3 na naszych miejscach. Tam miłemu tamilskiemu chłopcu, który przyszedł zająć sąsiednie miejsce zaproponowaliśmy nasze miejsce w wagonie S7. Edo poszedł uprzednio sprawdzić co się tam dzieje, po czym wrócił i pomógł chłopakowi w przeprowadzce.

W ciągu tego poranka zjedliśmy resztę naszych kanapek. Wieczorem przyszedł kierownik kolejowego catheringu zbierając zamówienia na chicken biryani i veg biryani, czyli ryż z kurczakiem i bez.

W ciągu dnia wciąż było ciepło – przemierzaliśmy dopiero stan Andhra Pradesh. Noc jednak była już zimna i rano wszyscy już siedzieliśmy opatuleni w kocyki. Kolejny dzień w pociągu spędziliśmy więc przyodziani w o kilka warstw odzieży więcej oraz w nasze koce i okupując na zmianę górną kuszetkę i dolne siedzenia. Do Gorakhpur dotarliśmy o 8 rano.

O Gorakhpur czytaj tutaj. 

Autobus do granicy

Zjedliśmy śniadanie typu sabji puri z herbatką w jednym z punktów naprzeciw dworca Gorakhpur i siedliśmy w autobus do Sunauli. Naganiaczy autobusowych było wokół dworca sporo. Cena za bilet opiewała pomiędzy 90 a 112 rs za miejsce. Czas – około półtorej godziny drogi.

Autobus jedzie do samej granicy, skąd trzeba cofnąć się jakieś 30 metrów do Indian Imigration Office i wziąć tam pieczątki do paszportów potwierdzające opuszczenie kraju. Procedura jest szybka, nie wymaga formularzy.

 

Tam spotkaliśmy dwóch mnichów – poznając po bordowych szatach – buddyzmu Mahayany. Jechali oni do Nepalu po raz pierwszy i nie znali ani nepalskiego ani angielskiego. Okazało się, że pochodzą z Buriacji, z buriackiego klasztoru Iwołgińskij Dacan w tradycji Gelug.

Przekroczenie granicy

Na granicy machnęli na nas ręką i – w odróżnieniu od poprzedniego naszego przejścia w drugą stronę, do Indii, kiedy to standardowo przetrzepano nam wszystkie bagaże – puścili bez oglądania paszportów.

Mnichów spotkaliśmy ponownie w Nepali Imigration Office, gdzie stawiliśmy się po wizę nepalską. Załatwili oni swoje dokumenty i skierowali się w głąb kraju, my zaś rozłożyliśmy swe plecaki by rozpocząć długa procedurę wypełniania papierów dla naszej rodziny.

Na to konto mąż mój poszedł za ćwiartką by podnieść nieco poziom energii w rodzinie, no i zakąskami. Cokolwiek kupując możesz już tylko robić to w Nepalu, skasowawszy swą indyjską wizę.

Ja wypełniałam papiery, maluchy zaś korzystały z ostatniej szansy biegania w krótkich spodenkach na słońcu… dalej na północ będzie już tylko zimniej jeszcze przez kilka miesięcy.

Procedura uzyskania wiz wymagała także zdjęć. Tu jednak nie było to żadnym problemem – urzędnik od razu informuje, że tuż obok możesz zrobić kopię zdjęcia ze swojego paszportu.

Koszty wizy nepalskiej:
1 miesiąc – 40 $
3 miesiące – 100 $
Dzieci do lat 12 wchodzą do Nepalu za darmo.

Zdecydowaliśmy się więc na trzymiesięczne wizy od ręki, co nam oszczędzi dolarów oraz oczywiście czasu na procedury.
Urząd preferuje przyjmować opłaty w dolarach i tym samym cena jest w jakiś sposób niższa. My jednak musieliśmy najpierw owe dolary zakupić. Kantor jest blisko.

Przelicznik walut wyglądał w styczniu 2018 w Belhiya nastepująco:
1 rupia indyjska = 1,6 nepalskiej rupii
1 $ = 75 rupii indyjskich
1 $ = 120 rupii nepalskich

Załatwiwszy procedury poszliśmy do znajomego hotelu.

W Belhiya

Zaraz za punktem granicznym po prawej stronie stoją dwa budynki, które wciąż zieją wielkimi dziurami po trzęsieniu ziemi w 2015. Kolejny za nimi jest już nasz hotel zwany szumnie Holiday Inn, na naszą wiedzę jedyna do tej pory opcja w miarę czysta i przyzwoita.

Za rzędem budynków znajduje się miasteczko Belhiya i tylko przygranicze wygląda tak drastycznie ziejąc dziurami po wstrząsach. W głąb miasteczka prowadzą uliczki i wygląda ono całkiem przyzwoicie. Jeśli rozejrzeć się, to z pewnością i tam można by znaleźć przyzwoite zakwaterowanie by się oporządzić i przepakować.

Wzdłuż granicy jest szeroka oferta kateringowa. Moje ulubione stoisko śniadaniowe to jedno z pierwszych po lewej wkroczywszy do Nepalu, gdzie starszy pan z Biharu (Indie północne), lub jego syn sprzedaje indyjskie sabji puri. Cena 40 rs za 4 sztuki puri plus miseczka warzywnego sosu. Biharskim specjałem dostępnym u tego pana są też bułeczki z gruboziarnistej mąki, które gdy ciepłe są bardzo smaczne z masala chai.

Dalej wzdłuż głównej ulicy uświadczyć można przeważnie chowmin, czyli makaron z warzywami. Kilka stoisk dalej – za zielonego koloru namiotem agenta podróży jest kolejne chowminowe stoisko. Zaprzyjaźniliśmy się z babkami prowadzącymi ten punkt i regularnie wieczorem będąc tam siadywaliśmy u nich wypijając spore ilości herbaty oraz co nieco rakshi, czyli nepalskiego napitku domowej produkcji o mocy od 8 do 30 % alkoholu. To właśnie od nich dowiedzieliśmy się, że za bilet do Kathmandu nie trzeba płacić 800.

Po przeciwnej stronie ulicy też jest spora oferta, sprzedają – prócz chowminu – ziemniaczki smażone z chilli, momo, smażoną rybę, mutton curry (kozinę), chicken curry. Jeśli trafisz nie w porze posiłków, najczęściej jest tylko chowmin.

W naszym Holiday Inn też oczywiście jest restauracja, momosy jednak tam nie były wcale smaczne… generalnie wolimy raczej żywić się tam gdzie Nepalczycy.

Wzdłuż ulicy głównej i za nią jest też oferta ciuchów, Jeśli jest zima, lepiej przyodziać się cieplej, gdyż dalej klimat zmienia się znacznie. Szczególnie w autobusie możesz zmarznąć, jeśli siedzisz przy drzwiach. Dużą część trasy są one otwarte.

Autobus do Kathmandu

Bilet kosztował nas 500 rs za miejsce. Według informacji chłopaka z biura podróży taki bilet jest na przejazd dłuższą trasą. Czas przejazdu miał wynosić 9 godzin. Wcześniej jechaliśmy za 800 rs za miejsce i realny czas podróży wyniósł 8 godzin.

 

Tak więc wsiedliśmy o 9 do autobusu płacąc 2000 rs za 4 miejsca. Jechaliśmy dość długo nie widząc gór, aż okazało się dlaczego – trasa poprowadziła przez Chitwan, a więc przez ponad pół dnia jechaliśmy przez nepalską nizinę Terai.

W międzyczasie kilkakrotnie autobus zatrzymywał się na postój dając podróżnym dostęp do herbatek, toalet czy krzaków. Dopiero godzinę drogi za Chitwanem, gdy autobus już piął się po serpentynach, zatrzymaliśmy się przy barze dla podróżnych.

Oferta w takim barze zazwyczaj wygląda następująco: szwedzki stół z sosami i cena za 1 talerz – około 350-400 rs. Jeżeli chcesz mięso, oferta jest obok za ladą, lub korzystasz z drugiego szwedzkiego stołu, gdzie jest mięso i wyższa cena za talerz.

Nasz bar tym razem był inny: oferta była jedna – ryż, dal, saag, potato curry czy inne sabji curry, pikle, w ofercie veg za 130 rs. W cenie 230 rs było to samo, ale dodatkowo dostawało się miskę sosu kurczakowego. Obie oferty obejmowały spore dokładki – wokół stolików przechadzali się pracownicy obsługi dolewając wszystko, czego ci zabrakło. Na ten lunch masz ledwie 30 minut. Bar oferuje dostęp to toalet, w których jest całkiem czysto.

Nasza podróż do Kathmandu realnie trwała 14 godzin. O jedenastej wieczorem przemierzaliśmy miasto – jako że znamy mniej więcej jego topografię – by rozruszać kości po długim siedzeniu bez zmiany pozycji. O północy dotarliśmy do naszego ulubionego hotelu przy Chhetrapati Chowk na Thamelu.

 

Nasza podróż z Chennai do Kathmandu – stacja kolejki w Chennai, dworzec centralny w Chennai i podróż Rapti Sagar Express

Artykuły powiązane

Zostaw komentarz

Войти с помощью: