Tamil Nadu: znowu w Auroville

Tamil Nadu: znowu w Auroville

Do Auroville przybyliśmy rankiem, po nocy spędzonej w jednym z wielu małych hotelików w nadbrzeżnym regionie Pondicherry – miasteczka, które było dawną francuską kolonią.

Ceny były wysokie, głównie ze względu na zaczynający się dla wielu okres świąt bożonarodzeniowych, które mają szczególne znaczenie tu, we francuskiej części Indii. Ponadto zimowy sezon turystyczny trwa już w najlepsze. Nieukojeni przepłaconą stawką 1300 rs za duży pokój powędrowaliśmy z plecakami w kierunku autobusu posilając się po drodze tamilską herbatką z mlekiem i imbirem.

Autobus pojechał nadbrzeżną drogą i wysiedliśmy w znanym nam miejscu, gdzie stoi stary ręcznie namalowany czarna farbą jeszcze w czasach hippisowskich drogowskaz do Auroville. W tym miejscu znajduje się szeroka oferta kateringowa serwowana przez hindusów i muzułmanów w porze śniadania oraz po południu.

Posililiśmy się smaczną masala dosa z dodatkowym jajem oraz świeżutkim chutneyem oraz kolejną herbatką. Następnie wkroczyliśmy w progi naszego dawnego domu zwanego Miastem Świtu, jak nazwała Auroville jego twórczyni – The Mother, Francuzka, która większość życia spędziła tu razem ze Sri Aurobindo.

Auroville jednak nie jest ostatecznym celem naszych podroży, porzuciliśmy – w okresie wcześniejszego pomieszkiwania i zgłębiania tutejszego stylu życia – myśl o staniu się jego częścią. Zaniechaliśmy w związku z tym wynajmu homestay w kosmicznych aurovillskich cenach oraz obowiązkowej procedury rejestracji w Town Hall. Skierowaliśmy się do naszej dawnej znajomej Amsy, tamilskiej land lady zarządzającej niewielkimi zasobami mieszkaniowymi we wsi Kuilapalayam,  która po starej znajomości zaoferowała nam przyjemne poddasze w bardzo dobrej cenie.

Zamieszkaliśmy więc pod słomianym dachem z otwarta kuchnią, po sąsiedzku z gawronami, nietoperzami, jednym kotem i innymi nieznanymi nam istotami szurającymi dniem i nocą w naszym domu.

Zrzuciwszy plecaki skierowaliśmy się – jak przystało na urodzonych podróżników – piechotą do Alankuppam, wsi po drugiej stronie Auroville, gdzie mieszkaliśmy dwa lata wcześniej. Tam pozostawiliśmy nasze materialne zasoby, takie jak rowery, ciuchy, sprzęt kuchenny, polskie bajeczki i książki, komputer, laser i inny elektroniczny sprzęt.

Nie chcąc smażyć się w słońcu podążając zakurzoną drogą wybraliśmy północną, mniej znaną drogę prowadzącą przez las stanowiący część aurovilskich zasobów. Tam skręciliśmy o jedną ścieżkę za wcześnie, dzięki czemu nasza trasa ostatecznie obejmowała około siedem kilometrów drogi zamiast czterech. Przyznam, że – po naszych goańskich trasach pieszych liczących po kilka kilometrów – maluchy dużo łatwiej stawiły czoła temu wyzwaniu niż ja, zakotwiczona ostatnio głównie w kuchni i przed komputerem.

Wszedłszy ponownie w posiadanie ogromnego woka do smażenia indyjskich dań zdecydowałam zaniechać wywalania kasy na butlę gazową i zacząć wreszcie gotować po tutejszemu – na ogniu. Amsa szybko zorganizowała stanowisko do gotowania na dole w naszym ogródku, pokazała mi gdzie brać drewno i udzieliła cennej lekcji z zakresu podtrzymywania ognia.

Na naszym poddaszu przywitaliśmy nowy 2018 – ja w pięknym błękitnym sari, Maja w jednej ze swoich jedwabnych kreacji, Katia w tamilskim kostiumie tanecznym, a maluchy w nepalskich koktailowych sukienkach.

Nasz krótki pobyt w Tamil Nadu posłużył udokumentowaniu współczesnego świata antycznych druidów – porannych spotkań Tamilów przyodzianych w lungi przy herbacie, impresjonistycznych tamilskich obrazów pełnych czarnych twarzy,  tradycji malowania kolamów, rytuałów pogrzebowych.

 

Nasza przechadzka po Auroville

Artykuły powiązane

Zostaw komentarz

Войти с помощью: