Jesienny bieg w stronę Annapurny

Jesienny bieg w stronę Annapurny

poniedziałek, 24 października 2017

22 października miał odbywać się Annapurna 100 ultra trail race
– pokharski ultramaraton na trasie 50 oraz 100 km.

Ultaramaraton prowadzony jest od kilkunastu lat i za każdym razem trasa jest nieco modyfikowana, chociaż z jego nazwa wiąże się stale określony region i charakter tego biegu: wznoszące się stromo pola ryżowe, trasy leśne z podbieżkami, czasem ostrymi, widok na wysokie góry i przez cały czas kibicują wam mieszkańcy nepalskich wsi o szamańskich tradycjach; bieg jest ciężki – dla niewprawionych ważne są szybko zmieniające się różnice wysokości. Na szczęście – prócz całego oczywistego serwisu trailowego – otrzymujesz tikka na dwudziestym kilometrze, czyli błogosławieństwo duchów i buddów na twój wysiłek fizyczno-duchowy…

Trasa na 50 km startowała o 6.30 i biegła od jeziora Begnas płaską prawie ścieżką do jeziora Rupa na odcinku ok. 8km, a następnie grzbietem góry Rupakot wzdłuż jeziora i dalej wspinaczka do Bhanjyang około 7km – tam dołączamy do kamienistej drogi prowadzącej na szczyt wzgórza. Drogą do  Tiwaridanda 6km po płaskim terenie, a następnie 2km zejście do rzeki. Następnie 8km powolnej wspinaczki do Yangjakot, wioski na wzgórzu z bezpośrednim już widokiem na Himalaje, potem 5km do Chasu – kolejnej wsi. 8 i pół km do Tanting. Z Tangting do Sikles ledwie 6km kończące się wspinaczką na odcinku 700m po kamiennych stopniach prowadzących do wioski.


W biegu na 100km trasa zaczynała się w samej Pokharze na Lakeside o godzinie 4.00 rano. 25 km trochę monotonnego biegu jeszcze w ciemności – tradycyjna spokojna rozgrzewka poranna… Punkt kontrolny na Rupa Tal i do góry wzdłuż jeziora. Podejście do Bhanjyang około 7km. Na trzydziestym trzecim kilometrze wspinaczka kamiennymi stopniami na wzgórze. Krótkie ostre zejście, potem kolejna wspinaczka do wioski klanu Gurung Yangjakot z pięknym widokiem na Himalaje – nawet przy dużym zachmurzeniu. Znowu w dół, aż do rzeki, następnie wspinaczka do kolejnej wioski Tangting, gdzie znowu popijając wodę będziesz mógł podziwiać góry na wyciągnięcie ręki. Jeszcze raz w dół do rzeki, a następnie 700 metrów po kamiennych schodach do Sikles. Potem jeszcze bieg przez las – wyzwanie dla wolniejszych biegaczy, którzy dotrą tam po ciemku. Następnie na odcinku 12km dobra droga i jakieś 900 metrów zmiany wysokości. Potem nieuniknione zejście do punktu finałowego w Ghalekarka, a potem z powrotem na drogę i już tylko 13km łatwej drogi do mety.

Wszyscy, którzy ukończyli bieg nocują w hoteliku w Sikles, wsi tradycyjnie będącej siedliskiem klanu Gurung. Płaskie nosy, skośne oczy, łagodne usposobienie i pogoda ducha oraz długo pielęgnowana tradycja śpiewu i tańca są głównym rysem napotykanych w tych wioskach ludzi. Stojące na zboczach białe ukwiecone domy i śnieżne rysy masywu Annapurny ponad nimi dopełniają obraz tej wyprawy… Jak powiedział mi zaprzyjaźniony z nami Prakash Gurung – “Gdy jesteś w Sikles, wszędzie widzisz góry, nawet gdy leżysz w domu na łóżku czy przez okno w toalecie…” Jeżeli zainteresował cię temat okolicy lasów i wsi Gurungów, przeczytaj także o kulcie Annapurny.  

Udział w takim biegu wymaga jednak regularnych treningów. Nie ma wielkiego sensu wystartować, a potem oczekiwać od organizatorów, że będą czekać na mnie na kolejnych punktach kontrolnych z wodą, zegarkiem i plasterkami na odciski jeszcze dwadzieścia cztery godziny po starcie. Na szczęście potrzebni byli wolontariusze – to bramka dla mnie, która w łagodny sposób pozwoliła mi wziąć udział w tym biegu. Wprawdzie wymagało to również wstania bladym świtem, ale dalej było już łatwo.

Chłopak, który pilnował całej imprezy, Anglik z pochodzenia, Richard Ball wyznaczył nam punkt nr 3 na Rupa Tal, czyli nad jeziorem Rupa. O piątej wzięłyśmy z Mają taksówkę. Mimo, że taksiarz był już wieczorem umówiony na piątą rano, musiałyśmy tradycyjnie po nepalsku przejść rytuał dzwonienia kilkakrotnego i budzenia oraz czekania na taksówkę. Nie było źle, spóźniłyśmy się ledwie 15 minut – 6.15 byłyśmy na stanowisku. Chłopaki z tamtejszej kafejki Bob Marley serwisujący punkt byli już gotowi – stoliki ustawione i co najważniejsze – baniak z wodą pitna był na miejscu. Zrobiliśmy kanapki, pokroiliśmy banany i jabłuszka, porozkładaliśmy wafelki i soczki i czekaliśmy na biegaczy. Pogoda była idealna – mgliście od rana i odrobinę dżdżyście, ale nie na tyle by ścieżki spływały rzeką – biegacze mieli fuksa.

Pierwszy przybiegł około szóstej czterdzieści. Apogeum grupowych odwiedzin punktu mieliśmy miedzy ósmą a dziewiątą. Pilnowaliśmy by były kubki na wodę, by biegacze mieli wszystko co im potrzebne i nie zgubili trasy… Ostatecznie około 11 godziny zwinęliśmy punkt. Zjadłyśmy lunch z chłopakami z baru i wybrałyśmy się na Chowk by wrócić autobusem do domu.
Serwisowanie biegu jednak nie skończyło się – przez resztę dnia śledziliśmy raport z biegu na czacie grupy oraz zwycięskie fotki zamieszczone późno w nocy.

Artykuły powiązane

Zostaw komentarz

Войти с помощью: