Bangladesz: między Khulną a Dhaką

Bangladesz: między Khulną a Dhaką

Podróż do Khulny autobusem nie była długa.

Większość z nas odespała w tym czasie poranne wstawanie. W czasie zmian pozycji na autobusowym krzesełku rejestrowałam co rusz, że Bangladesz jest bardzo zielony i pełen bananowych palm.

Khulna

Przybyliśmy do Khulny około 15 i wsiedliśmy na rikszę z celem Jalico Hotel. Rikszarz nie mógł znaleźć hotelu, dzięki czemu krążyliśmy pomiędzy straganami z ciuchami w porze gdy zaczynała się popołudniowa sprzedaż. Od razu zarejestrowałam, że wybór dziecięcych ubranek jest spory, a ceny niewysokie. Rikszarz poprosił o bakszysz w związku z dodatkowymi objazdami, ale nie zgodziliśmy się na nic więcej, niż umówione 100 taka.

Jalico Hotel

Marzyliśmy o tym, by już wreszcie wziąć prysznic i zająć pozycje horyzontalne.
Jalico Hotel znajdował się w obrębie centrum handlowego Jalil Tower. Wzięliśmy 2 pokoje z plazmą i wi fi płacąc w sumie 1600 taka za dobę.

Hotel był czysty i przewiewny, rozłożony na kilku piętrach. Nasze pokoje znajdowały się na czwartym, wyżej położone były bardziej ekskluzywne – zaprezentowano nam przykładowo obszerny pokój z dwoma podwójnymi łóżkami w cenie 2000 taka. Czysta pościel (widzieliśmy zmianę!), ręczniki, mydełko i szampony przyjęliśmy bez zmrużenia oka, ale miłą niespodzianka była codzienna zmiana pościeli. Nasza najmłodsza Anka miała ubaw dzięki interaktywnym rybkom pływającym w fontannie na tarasie na końcu naszego pietra: robiła im – Pu! – i wtedy one uciekały na druga stronę baseniku.

Jalico Hotel w Khulnie skrótem.

Śniadanie w cenie

Nie był to szwedzki stół, ale jaja były smaczne. Zestaw w cenie hotelu obejmował: dwie grzanki, jedno sadzone jajo, łyżkę dżemu, herbatę i banan. Kawa była dostępna, niestety tylko biała instant, płatna dodatkowo 30 taka. W ofercie były jakieś inne dania, ale nie wnikaliśmy.

Popołudniowy dinner braliśmy na zewnątrz w restauracji: średniej wielkości kurczak kosztował 300 taka, w zestawie kilka sosów i trochę cebulki. Ponadto w Bangladeszu robią bardzo smaczne roti (z mąki maida, pieczone na gorącym kamieniu w specjalnym piecu) i parotha (smażone na ogromnej patelni).

Visa Center

Zamierzaliśmy składać w Khulnej wnioski o przedłużenie wiz indyjskich. Maja z tatą wybrali się na zwiady do tamtejszego Visa Center. Niestety okazało się, że centrum wizowe w Khulnej obsługuje wyłącznie lokalsów. Stanęliśmy więc przed koniecznością podróży do stolicy.

Opuszczamy Khulnę

Zrobiliśmy rozpoznanie w zakresie podróży do Dhaki. Pociąg – jak w Indiach – trzeba bukować z wyprzedzeniem, przy czym nie uzyskaliśmy żadnej informacji o trybie zakupu biletu z dnia na dzień. Można samolotem, można parowcem, jako że Bangladesz ma rozbudowaną komunikację wodną, choć ostatnia opcja bukowana jest z miesięcznym wyprzedzeniem.

Wybraliśmy autobus. Bilet kosztował 550 od osoby. Wybraliśmy podróż nocną – wyjazd o 7 wieczorem, na miejscu mieliśmy być o 5 rano.

Osiemnastego rankiem rozpoczęliśmy zbieranie wszystkich naszych rzeczy, w południe mieliśmy check out. O godzinie 12.00 więc postawiliśmy nasze bagaże w recepcji, opłaciliśmy pobyt i poszliśmy na miasto w celu zabijania czasu. Obeszliśmy miejscowy park – widoczny na zdjęciu głównym – z rekonstrukcją jakiegoś futurystycznego pomnika poświęconego męczennikom za ojczyznę, którego oryginał stoi w Dhace. Potem popiliśmy limonki w jednym miejscu, w kolejnym herbatki. W końcu siedliśmy do rikszy, by ten obwiózł nas po mieście za kwotę 100 taka. Wysiedliśmy w okolicy hotelu, znów popiliśmy herbatki i skierowaliśmy się po bagaże.

Około siedemnastej wylądowaliśmy na stacji i obsiedliśmy ławki w biurze naszego agenta autobusowego. Kto co chciał jeszcze zjadł, potem posililiśmy się lodami, no i herbatka… O dziewiątej z groszami mieliśmy wreszcie nasz opóźniony autobus. Wrzuciliśmy bagaże, zajęliśmy miejsca i odeszliśmy w objęcia snu.

Po drodze mieliśmy kilka postojów na posiłki, herbatki i sikanie. Niespodzianie jeden z nich przedłużył się. W pewnym momencie między snem a snem zorientowałam się, że stoimy na poboczu drogi z niewiadomych przyczyn. Awaria?

Nie wiemy co to było, ale w końcu autobus ruszył i włączył się w karawanę autobusów. Była już siódma rano. Korek? Przed nami była rzeka, a cała ta karawana wjeżdżała na prom.

Na rzece

Autobusy poustawiane były dość ciasno, dlatego nieco ciężko było się tam poruszać… ktoś gruby powinien raczej zostać w autobusie. Na promie były toalety, do których stały spore kolejki, nam na szczęście niepotrzebne.

Interesowało nas natomiast śniadanie. W sprzedaży były głównie trzy najpopularniejsze w tym kraju – i pewnie w tym czasie – owoce: banany, granaty i bel. Ponadto krążyli sprzedawcy pop cornu, sałatek z kabuli oraz jaj gotowanych na twardo (jajo na promie kosztuje 15, a na ulicy 10 taka).

Dhaka

W końcu wylądowaliśmy w stolicy. Była dziewiąta. Wynajęliśmy duży pokój za 900 taka dokładnie w miejscu, gdzie wysiedliśmy – Gabtoli Bus Terminal.

Siedzimy teraz tu już kolejny tydzień i czekamy na nasze indyjskie wizy.

Subskrybuj mój kanał youtube – filmy poniżej.

O tym jak zabijaliśmy czas w Khulnie i jak chcieli z nami znowu robić fotki…

Artykuły powiązane

Zostaw komentarz

Войти с помощью: